Autostopem przez piekło - wersja pełna

 

W ramach wstępu. Opowiadanie konkursowe (niestety, nawet bonu na zakupy w empiku nie dostałem) w wersji zmienionej. Wygląda koszmarnie, ale po przerzuceniu z openoffica tak wygląda, a nie mam serca do formatowania. Braki interlinii i kropki przy dialogach to coś za co można mordować, przynajmniej jeśli się wie kogo. Ja nie wiem. Opowiadanie zmienione dość znacznie wzgędem wersji pierwotnej bo też mi się nie podobało, a poza tym znów czytałem Pielewina i mi się coś tam na drugą część rzuciło. Przez to opowiadanie może być nieco konceptualnie niespójne, ale teraz już nic nie poradzę. Długie jest. Miłego:)



AUTOSTOPEM PRZEZ PIEKŁO


Usiadłem na skraju szosy. Z plecaka wyciągnąłem paczkę ciastek, zakupionych gdzieś po drodze. Trzeba trochę odpocząć. Przyglądałem się okolicom miejsca, przy którym wysadził mnie pan Edward, poprzedni uczynny kierowca. Tuż za poboczem dość głębokim, jak na miejscowe standardy, rowem płynął niewielki strumyczek żalów, z którego co raz wydobywał się jakiś jęk albo wyskakiwała fantasmagoryczna postać i zaczynała trajkotać na przykład w ten sposób: „Panie, panie. Ej. Panie, wiesz pan, dzisiaj to już wieje tak, że się normalnie nie da. Panie, jak ostatnio wiało, prawie urwało mi nogę. Bo wiesz pan, w telewizji mówili, że tak wieje przez jakieś fronty. Ja w to nie wierzę, panie, byłem na froncie,wie pan, byłem. Kiedyś to w ogóle było tak, że wie pan. Ale ja wiem, że oni coś kręcą, kręcą tak, że normalnie panie, ja wiem, że oni mają w tym wianiu jakiś interes. Bo jak by mi tą nogę urwało, to by mnie wzięli do szpitala i nikt by w chałupie nie został. A oni to robią tak, że wtedy przychodzą, przybijają coś do drzwi, a potem wjeżdżają buldożerem i wszystko zrównują z ziemią, żeby wydobywać ropę. Ja wiem, że pod moim domem jest ropa i że się na mnie czają, ale ja im nie dam. Wiesz pan ile oni mają t.....”. Mniej więcej na te słowa fantasmagoryczna postać wydała dziwny odgłos, zbliżony do odgłosu wydawanego przez rozdeptywanego wieloryba i znikała pozostawiając znów strumyczek, który jęcząc i marudząc ciekł niemrawo, aż do chwili kiedy wyskoczy z niego kolejny potentat naftowy albo inny nieszczęśnik.


Zarzuciłem plecak na plecy i ruszyłem wzdłuż drogi. Wzdłuż drogi wiodło również wzdłuż strumienia, ale liczyłem po ciuchu na to, że albo skręci rzeka, albo któryś z przejeżdżających samochodów się nade mną zlituje. Póki co, strumień jednak dziarsko przyklejał się do szosy, aktualnie koncentrując się na spadku PKB, a pojęcie „któryś z przejeżdżających samochodów” było logicznie wadliwe, wskutek nieprzejeżdżania samochodów. Machając niemrawo prawicą, całkowicie zresztą bez sensu, obserwowałem więc grupę pomniejszych diabląt targających za sobą jakiegoś człowieka. Diablęta syczały sobie wesoło walcując nieszczęśnika oraz kładąc mu do ręki okrągłą bombę z iskrzącym się już lontem. „That's all folks” - pomyślałem w zadumie na sekundę przed wybuchem. Jeszcze dzwoniło mi w uszach, kiedy ów nieszczęśnik z osmolonym obliczem i dymem snującym się z włosów, wstał na nogi wyłącznie po to, żeby zostać potraktowany spadającą nie wiadomo skąd deską do prasowania. „Robi się zimno” - pomyślałem, kiedy zrobiło się zimno. Spory kawał drogi miałem już za sobą, więc i nie dziwota, że wszystko nieco podmarzło. Niedaleko szosy rozpościerała się milcząca panorama bloków, które wybudowano ledwie na kilka lat przed zmianami klimatycznymi w piekle, a które to zmiany doprowadziły między innymi do ich całkowitej nieprzydatności, przy czym nie była to nieprzydatność do zamieszkania ale dokładnie odwrotnie – ich zamieszkanie było doskonale nieprzydatne. A wszystko to z tego względu, że wraz ze zmianami klimatycznymi zdechł jedyny obóz pracy, w którym potępieni zmuszeni byli każdego dnia kraść worki z pszenicą i ziemniakami, co rozrywało ich sumienia na strzępy, więc wieczorami musieli z tego narosłego nieszczęścia sączyć siarkę. Wraz ze zmianami klimatycznymi i upadkiem obozu pracy, potępieni, którzy tak się do miejsca kaźni przyssali, że nie było lucyferską siłą ich odessać, otrzymali dodatkową porcję siarki, dla zapicia nieszczęścia wynikającego wprost z braku innego nieszczęścia, które można było zapijać. Inna rzecz, że lucyferska siła nigdy nie starała się nikogo od niczego odsysać, bo zbyt zajęta była uczeniem się poprawnego wymawiania „Belzebub”, „Lucyfer” i innych trudnych słów, którymi mogła się określać w oficjalnych wystąpieniach nie popadając w nadmierną przewidywalność.


Samochód na horyzoncie. Westchnąłem z ulgą, chociaż nauczyłem się już, że gdzie jak gdzie ale kierowcy w piekle nie są szczególnie zainteresowani zatrzymywaniem się, niewykluczone, że z obawy by nagły podmuch nie urwał im nogi. Wszak wszyscy tu mieszkają na ropie. Są jednak takie momenty, kiedy nie bacząc na niebezpieczeństwa, kierowcy wciskają hamulec, wrzucają kierunkowskaz i życzliwie zatrzymują się na poboczu. Zerwałem się więc i rączo pobiegłem ku czarnemu pojazdowi, z którego przyjaźnie machały mi ręce jakiś młodych mężczyzn. Dobiegłem do samochodu, już niemal chwytając za klamkę, gdy przyjazne dłonie młodych mężczyzn przyjęły kształt powszechnie uznany za obraźliwy i z piskiem opon oddaliły się w kierunku lasu, który przy tym złowróżbnie zafalował. Z głębi lasu zaczął dobywać się narastający odgłos podobny do wydawanego przez stado pędzących bizonów, ale kulawych i podpitych, co upodobniało go raczej do odgłosu wydawanego przez stado pędzących pingwinów, jakkolwiek rzeczywiście dużych. Nie namyślając się długo, nie zdejmując plecaka, dałem nura w pobliskie zarośla. W ostatniej chwili, bo już ułamek sekundy później przewalił się nade mną tumult wieczornej kurzawy, która spokojnie zmiotłaby moje samopoczucie z powierzchni ziemi, gdybym nie zdołał się ukryć. Wieczorna Kurzawa, której pełna nazwa brzmi: „Wieczorna kurzawa wzdychań przy wieczornej strawie”, wywoływana jest synchronicznym wzdychaniem nad złym losem mieszkańców piekła w ogólności, a jej synchroniczność wynika z ustabilizowanej tradycji każącej siadać do wieczornej strawy w podobnym czasie i podobnie, z podobny zresztą natężeniem, wzdychać. Wzdychanie jest, nie można wykluczyć, idealnym sposobem na uregulowanie cyrkulacji gazowej, która w procesie metabolicznym jest nieunikniona, za to zapełnianie tego podmuchu elementami kurzawogennymi, to bezpośredni efekt treści wzdychań, która to treść ma taką rozpiętość, że można by nią opasać wszelkie wątki, które kiedykolwiek jakakolwiek cywilizacja ludzka podjęła na poważnie, dla żartu oraz z racji praktyk satanistycznych. Generalnie rzecz biorąc, w czasie kurzawy wieje jak cholera, a człowiek, który nieszczęśliwie znajdzie się na jej drodze i nie zdoła się schować, przesiąka atmosferą kurzawy tak dogłębnie, że tylko tydzień szorowania pumeksem zdoła zetrzeć z jego skóry poprzyklejane drobiny nieszczęść. Jednak, jakkolwiek pumeks jest w piekle towarem stosunkowo popularnym, to szorowanie bynajmniej, więc standardowo efekty kurzawy odczuwalne są miesiącami, a że w ciągu miesiąca kurzawy przechodzą codziennie, stan okurzenia odczuwany jest przez wszystkich w zasadzie permanentnie.


Wydobyłem się z zarośli, brudny i mokry, ale za to zasadniczo nieokurzony. Było już dość późno i lepiej było dla mnie, żebym coś złapał, najlepiej od razu do celu. Wieczory i noce w piekle są dość niebezpieczne, już nie tyle ze względu na diablęta, ale przede wszystkim na miejscową zwierzynę domową, w szczególności bezpańskie cerbery. Te ostatnie są nie tylko głodne i najprawdopodobniej wściekłe ale przede wszystkim piekielnie zdezorganizowane, wskutek nadprogramowych dwóch głów. W efekcie ich główną cechą jest brak zdecydowania i ciągłe wewnętrzne rozterki, które prowadziłyby niechybnie do depresji i prób samobójczych, gdyby nie to, że te ostatnie wymagają jednak nieco przygotowań. Wygramoliłem się na drogę, tylko po to żeby niemal wpaść pod dostawczy samochód, marki Lublin, który zahamował tuż przede mną. Na brezentowej plandece pokrywającej tylną część samochodu wypisane było wielkimi literami „P.H.U. Wirgiliusz. Handel hurtowy i detaliczny wszystkim”.

  • No i gdzie masz, kurna, ślepia? - powiedział kierowca, czym przekonał mnie ostatecznie, że wieczorna kurzawa musiała go dorwać.

  • Mogę się zabrać? - zapytałem

Kierowca tylko otworzył drzwi. Wsiadłem, ruszyliśmy. Przez pierwsze kilka minut jechaliśmy w milczeniu i miałem nadzieję, że trafił mi się ten typ kierowcy, który zatrzymuje się po autostopowicza czy to z jakiegoś wewnętrznego imperatywu, czy też jako hołd dla swoich lat młodzieńczych, kiedy to on, tak jak ja z plecakiem na plecach ruszał w świat, względnie zaświat, i nie potrzebuje w związku z tym rozmowy...

  • Żeby to jeszcze załatali, te psubraty, plemię żmijowe, z mojej krwawicy żyją, do czorta, siedzą, kawka, srawka, a nawet drogi nie potrafią zrobić, żeby się człowiek nie wpierdalał co raz do jakiś dziur...

Bo jest jeszcze drugi rodzaj kierowców, którzy zabierają autostopowiczów. Ci wierzą nadal w magię wymian barterowych, a ten rodzaj barteru polega na wymianie usług. Podwózka w zamian za usługi okołopsychologiczne obejmujące wysłuchiwanie, kiwanie głową, przytakiwanie, współbiadolenie, współczucie, współwzdychanie i współkosnasztorcstawianie, a autostopowicz z tej roli, zgodnie z autostopową etykietą, wykręcać się nie powinien

  • ...niby krajowa leci, ale nie, psia jucha, kawka, srawka, nawet dupy nie ruszą, żeby sprawdzić, jak się kierowcom jeździ. Polepione chyba na ptasią kupę, patrz pan, jakie wertepy, co za ludzie, Ojciec jestem.

Powiedział kierowca, od teraz zwany Ojcem, nie odrywając wzroku od szosy. Był przysadzistym mężczyzną po pięćdziesiątce, o zarośniętej twarzy i rękach wystających spod kraciastej koszuli, ledwo opinającej pokaźnych rozmiarów brzuch.

  • Czy czujesz się bojownikiem światła? - spojrzał na mnie badawczo. Zdałem sobie sprawę, że z dwóch odpowiedzi możliwa jest tylko jedna i lepiej dla mnie, żebym trafił. Nie wiem czym charakteryzuje się bojownik światła, ale jeśli już ktoś o niego pyta, to znaczy, że jest z nim w jakiś sposób spowinowacony

  • Tak trochę, czasami – opowiedziałem wymijająco. Bardziej wymijająco mógłbym nadziać się na drzewo.

  • Wystarczy – wyraźnie odetchnął Ojciec – ciężko dziś o dobrych bojowników światła. Wiesz, od czasu tego sporu...

Dalszą opowieść przerwał dzwonek telefonu. Ojciec zaklął pod nosem i odebrał.„Cześć Beatka... no, wziąłem młodego i sobie rozmawiamy...nie wiem, z godzinę... no Beatka, litości, wy tam macie Hawaje, a ja tu muszę gonić, a ty mi jeszcze głowę...tak jest...cześć”.

  • Beata – wyjaśnił – moja spedytorka. Głupia rura.

Jechaliśmy przez chwile w milczeniu. Po obu stronach drogi rachitycznie sterczały limby, zawodząc na słabym wietrze nad skutkami globalnego ocieplenia, kwaśnymi deszczami, halnym, wyziewami z pobliskiej fabryki i tym przejmującym uczuciem, że żeby wszystko było po bożemu, najpierw powinien był on stworzyć ekologów i limity CO2, a dopiero później kazał im, limbom, zakiełkować. W drugą stronę, to znaczy w tę w jaką to zostało wykonane, wszystko jest kompletnie bez sensu, podobnie jak i ich nędzna egzystencja. Limby są jednymi z najbardziej depresyjnych drzew i prawdopodobnie dlatego tak dobrze rozumieją się z cerberami, które od wielu lat próbują się na nich powiesić. Zupełnie zresztą nieskutecznie.


Ojciec był mieszkańcem piekła i swego miejsca zamieszania był nieodrodnym synem, również z tego względu, że całe życie pracował dla firmy, której centrala mieściła się w niebie. Siedziba P.H.U. „Wirgiliusz” znajdowała się w niewielkiej budce oznaczonej numerem 1, w której poza siedzibą tej firmy mieściły się również siedziby wszystkich innych firm zarejestrowanych w niebie, co Ojciec z jednej strony bardzo podziwiał, ale zaraz z drugiej nie mógł powstrzymać się od oczywistych w takiej sytuacji podejrzeń, że oni tam zwyczajnie kręcą jakieś wałki. Ojciec opowiedział mi o tym, kiedy podobnie jak słabo zakorkowany ale za to porządnie wstrząśnięty napój gazowany, wystrzelił na kolejnej koleinie, której garb wymierzony był, podobnie jak wszystko inne zło na świecie, prosto w Ojca. Ojciec w każdym wydarzeniu, które następowało w niebie lub w piekle dopatrywał się oczywistych nawiązań do jego osoby, co znajdowało zaraz potwierdzenie w tym choćby, że Ojciec o tych wydarzeniach tak intensywnie myślał. Dzięki wieloletnim medytacjom i monologom, Ojciec odkrył, że świat jest systemem naczyń połączonych, w których sercem, a więc siłą napędową wszelkich przemian, jest on sam.

  • Gdyby mi jeszcze dano wybierać – powiedział – czy chcę być praprzyczyną, czy na przykład szejkiem Brunei to jasne, żebym wybrał to drugie. Fajnie jest być praprzyczyną, ale przecież chleba za to nie kupię, ani samochodu nie wymienię, a edukacja już tak zeszła na psy i tak jest infiltrowana wpływami, że nikt nie ma już czasu ani serca zastanawiać się z czego powstał chaos.

  • Z czego? - zapytałem

  • Ha – roześmiał się pobłażliwie – chciałbyś wiedzieć, no nie, młody? Lubię cię, jesteś fajny chłopak, ale to jest tajemnica między mną i Najwyższym, rozumiesz. Mogę ci tylko zdradzić – dodał konspiracyjnym szeptem – że ma to coś wspólnego brakiem musztardy.

Ojciec znał Boga, a raczej Bóg znał Ojca i nie raz nie dwa, o ile obaj mieli wolne popołudnie, siadywali na ganku nad niwami zielonymi i grając w warcaby rozważali redystrybucję dobra na świecie, a nawet w piekle. Budżet trzeba było zawsze rozsądnie rozważyć, ze względu na zło. Bo w początkach czasu, kiedy wszystko było jeszcze wyłącznie dobre, urządzono w niebie konkurs na najbardziej twórczą alternatywę dla dobra, żeby czymś zająć niedzielne popołudnia z dziećmi znudzonymi nieco tą niebiańską jednostajnością. W ten sposób powstało zło, a że dzieci też rodziło się więcej, urządzono w niebie kolejny konkurs, tym razem na wymyślenie udziału zła w dobru. W głosowaniu wziął udział Bóg oraz pomysłodawca zła, niejaki Lucyfer, w efekcie czego przyznano złu i dobru parytet po 50%. Później Lucyfera wygnano, z różnych zresztą przyczyn, ale parytetu nie da się zmienić, bo nie ma kto głosować przeciw, a brak możliwości sprzeciwu jest złem, którego w niebie unika się jak ognia piekielnego. Dlatego tak istotne jest planowanie. Jeśli gdzieś da się za dużo dobra, zło o podobnym natężeniu wystąpi gdzie indziej. Dlatego od wieków trwa zimna wojna polegająca zasadniczo na powstrzymaniu się z dystrybucją dobra przez niebo, aby nie prowokować zła. Ale z planowaniem jest też taki problem, że w piekle z samej natury jest źle. Jest tak źle, że zło czuje się nieco onieśmielone i spokojnie redystrybuuje się w innych rejonach wszechświata. W piekle bowiem mieszkają diabły, którym kreatywności zazdrości sam Lucyfer, który poza „Lucyfer”, „Diabeł” i „Belzebub” nie ma nawet pomysłów na odpowiednio dystynktywną autoprezentację. Diabły za to są wszędzie.


Seks, żarcie, kasa i leżenie przed telewizorem – takie jest właśnie zdaniem Ojca dzisiejsze piekło, w którym potępieni są potępieni do tego stopnia, że żadna ich siła z tego marazmu nie wyrwie. Seks jest nie do końca związany z marazmem, o czym Ojciec przekonał się na własnej skórze, kiedy jego małżonka, po narodzeniu ich kolejnego potomka, poinformowała go uroczyście, że ma tego dosyć i porzuca kalendarzyk na rzecz tradycyjnie bezbożnych środków. Ojciec nie mógł przeżyć tej herezji, głównie dlatego, że zmusiła ich do przeprowadzki o kilka kręgów piekielnych w dół, a dla pracownika niebiańskiej firmy przewozowej to prawdziwy wstyd. Chociaż wstyd największy byłby wtedy, gdyby jego żona została politykiem, którzy to w piekle standardowo zamieszkiwali najbliżej szefa, gdzie jest już diabelnie zimno a do tego pada, w wyniku czego politycy są na ustawicznych wakacjach. Tych bowiem pomiotów piekielnych Ojciec nie znosił najbardziej, głównie z tego względu, że bardzo ich lubił i cenił, a lubił ich tym bardziej im bardziej zdawał sobie sprawę, że oni go ani nie lubią, ani nie cenią, ani nawet nie mają najmniejszej potrzeby dowiedzieć się o jego istnieniu. I z tych wszystkich powodów Ojciec strasznie polityków nienawidził.


Posłałbym ich do wszystkich diabłów – powiedział o politykach Ojciec. Pomyślałem, że to pomysł kompletnie pozbawiony sensu, z kilku zresztą przyczyn. Po pierwsze, mówimy tu wszak o wysyłaniu diabłów do diabłów, co diabłom niekoniecznie musi sprawiać przykrość. Po drugie, mówimy tu o wysyłaniu ograniczonej liczby diabłów, a więc nie wszystkich diabłów do wszystkich diabłów. To jest tym bardziej bez sensu, że żeby zapewnić spełnienie tego marzenia, Ojciec musiałby albo notorycznie przepędzać jedne diabły do innych diabłów, żeby nie wszystkie diabły były ostatecznie przepędzone do wszystkich, przynajmniej jednokrotnie, albo jakoś te diabły rozczłonkować, żeby zgadzał się rachunek, przy czym nie wiadomo, czy przepędzanie fragmentów nie wszystkich diabłów do wszystkich diabłów by go zadowoliło. Moim zdaniem znacznie łatwiej byłoby zrezygnować z rzeczownika „wszyscy”, dzięki czemu Ojciec mógłby przepędzić nie wszystkie diabły do nie wszystkich diabłów, a że przepędzałby diabły do diabłów, diabły byłyby przepędzone do diabłów nie ruszając się z miejsca, a Ojciec spełniłby swoje marzenie nie kiwnąwszy palcem. Podzieliłem się z Ojcem tym spostrzeżeniem, jednak Ojcu pomysł wydał się kiepski. „Ja nie chodzę na łatwiznę” - uzasadnił.


Było już ciemno, padało. W piekle pada bardzo często i zasadniczo jest zimno. O późnych godzinach ulice pustoszeją, a potępieni chowają się głęboko w swoich celach licząc, że kolejny dzień nie przyniesie im niczego gorszego niż dzień poprzedni, co zazwyczaj się udaje i kolejny dzień jest równie zły. Ojciec zaklął wciskając hamulec. Samochodem szarpnęło, wylądowałem twarzą na desce rozdzielczej i obserwowałem jak powoli suniemy w kierunku sześciorga gorejących ślepi, które wraz z całą resztą zmechaconego cerbera stanęły na środku drogi tęsknie patrząc w zbliżające się światła naszego pojazdu. Drugie szarpnięcie – samochód złapał ostatecznie przyczepność i zatrzymał się o centymetry od pysków cerbera. Cerber spojrzał jedną z głów z tak rozpaczliwym niedowierzaniem, że zrobiło mi się go żal. Oparł jedną z głów na zderzaku jakby oczekując, że za chwilę z jakiegoś szczęśliwego zrządzenia losu eksploduje silnik. Po wystającym kle spływała mu ślina. Był prawdopodobnie pierwszym cerberem, któremu kiedykolwiek udało się doprowadzić do sytuacji bezpośrednio zagrażającej życiu, więc wpadając pod koła stałby się dla wszystkich innych kimś na miarę Orfeusza, z tym, że z przeciwnym wektorem. Oczywiście stanie się dla kogoś kimkolwiek kompletnie cerbera nie obchodziło, podobnie jak i to, kim był Orfeusz.

  • Oplawca, Oplawca – rozległo się gdzieś z krzaków.

Spojrzeliśmy w tamtym kierunku. Jedna z głów cerbera zrobiła to samo. Druga nadal spoczywała na zderzaku, a trzecia całkowicie wykolegowana z dwóch możliwych działań ugryzła się w łapę.

  • Oplawca, tu jesteś – rozległo się zupełnie z bliska.

    Z krzaków wyskoczył postawny demon i podbiegłszy do cerbera objął go za głowy i poklepał przyjaźnie. Cerber pewnie zamachałby ogonem, jednak to wymagało skoordynowania jego trzech osobowości, co zawsze powodowało, że ogon smętnie zwisał przy ziemi. Powiedzieć, że pies i właściciel upodabniają się do siebie, to w tej sytuacji nic nie powiedzieć. Demon miał, podobnie jak cerbery, trzy głowy, a w zasadzie jedną głowę składającą się z trzech paszczy. Zaproponowałem Ojcu, żeby razem z Bogiem opatentowali trójdzielną jedność, bo w piekle robią na tym niezgorszy biznes.

  • Zamknij się – syknął Ojciec – to Lucyfer.

Lucyfer nie pasował do przedstawionego przez pana Edwarda opisu, zgodnie z którym Lucyferem była jego małżonka. Chyba jednak przesadzał, choć niewykluczone, że każdy ma takiego diabła, na jakiego nie zasłużył. Jak się okazało, Lucyfer wprawdzie uwięziony był w lodzie całkiem długi czas, ale wskutek intensywnego używania przez potępionych lodówek emitujących freon, pierwszym lodowcem, który w piekle się roztopił, było więzienie Lucyfera. Dzięki temu już od wieków Lucyfer może prowadzić życie jakie prowadziłby inny, dowolny mieszkaniec piekła o trzech twarzach, a więc i trojgu ust, w których, patrząc na nas, mielił gumy do żucia. Jak się po chwili okazało, były to gumy popularnej w dołach piekła marki „Zdrajca”. Każda paczka gum zawierała karty do gry z trzema słynnymi zdrajcami. Kartami można było się wymieniać i właśnie o to czy nie mamy może dwóch Judaszów zapytał nas Lucyfer, a konkretnie jego środkowa twarz, kiedy wysiedliśmy z samochodu.

  • Zgubiłem Judasa – użalał się Lucyfer. Użalanie się z gumami w ustach sprawiało, że Lucyfer nie wymawiał twardych zgłosek, jednakże całkowicie rekompensował tę niezręczność mówiąc jednocześnie trojgiem ust co nadawało jego wypowiedziom stadionowego dudnienia – bez Judasa jestem jak bez lęki.

  • Niestety, nie mam – powiedział bojaźliwie Ojciec. Granie w warcaby z Bogiem nie do końca pozbawiło go widocznie respektu przed znacznymi osobistościami – Judasz jest bardzo rzadki. Mam za to dwóch bezimiennych wieśniaków spod Termopil, dwie Dejaniry i Trockiego, ale tego ze starej talii.

  • Nie chce zadnych fajansiazy – odparł gniewnie Lucyfer

Lucyfer był ateistą i twierdził, że hibernacja po prostu dobrze działała mu na cerę. Lucyfer stanowczo odrzucał wszelkie transcendentne rojenia o bytach najwyższych, walce dobra ze złem, zbawieniu, potępieniu i innych tego typu tworach. Był za to nieprzejednanym zwolennikiem parytetu dobra i zła ze względu na szczerą troskę jaką darzył dzieci i ich prawidłowy, niespolaryzowany rozwój. Podobnie jak limby był bardzo niezadowolony z efektu cieplarnianego i podobnie jak cerbery źle znosił swoją trójdzielność, jakkolwiek mimo tej przypadłości był od cerberów znacznie sprawniejszy. Był zły do szpiku kości, ponieważ twierdził, że Bóg jest dobry do szpiku kości i ze względu na to ktoś na tym łez padole musi dbać o równouprawnienie. Poza tym, z racji, że w odróżnieniu od nieba, w piekle było zimno, uważał, że rozkład parytetów jest nadal niesprawiedliwy. Tyle przynajmniej wyczytałem z Manifestu Lucyfera dołączonego do paczki ciastek, którą kupiłem po drodze, a zgubiłem chowając się przed Wieczorną Kurzawą.

  • Może nie mam Judasza – powiedział Ojciec. Drżenie jego głosu osiągnęło amplitudę, przy której kruszył się asfalt – Ale za to mam coś lepszego. Prawdziwego świętego – zakończył Ojciec konfidenckim szeptem, wskazując jednocześnie palcem na mnie.

  • Jakoś mu na imię? - zapytał Lucyfer łypiąc jednocześnie w moim kierunku jedną z twarzy z zainteresowaniem tego typu, jakie zazwyczaj powstaje między hodowcą i krową, i na które składa się kilka elementów wliczając kiełbasę, karkówkę, wątróbkę i o matko, już po mnie.

  • Młody – wypalił Ojciec, który faktycznie nie raczył do tej pory zapytać mnie o imię.

  • A to jest w kanonie? – Lucyfer zmarszczył przynajmniej dwa czoła.

  • Tak prawie, niemal całkowicie

  • To jest cy nie jest? - zmarszczył brwi Lucyfer.

    W tej samej chwili cerber z nieznanych sobie przyczyn machnął radośnie ogonem, przez co popadł w smutną zadumę nad przekleństwem podświadomości i jej związków z brwiami.

  • Był Jakub Młodszy, ale to apostoł, a tych w ogóle trudno ruszyć z panteonu. Młody jest, można powiedzieć, ojcem Młodszego, więc na pewno ma jakieś koligacje z aureolą.

  • Młody – Lucyfer postanowił spojrzeć na mnie wszystkimi twarzami naraz, przez co musiał ustawicznie przekręcać szyje, co wraz z efektem stereo i gumami do żucia dawało prawdziwie piekielne wrażenia akustyczne – przysnaj się. Jesteś śfięty?

Ojciec spojrzał na mnie błagalnie. Zdążyłem go już polubić, przynajmniej na tyle na ile można polubić człowieka, który chce cię opchnąć Lucyferowi na piekielne podroby. Jednak mimo owej sympatii uznałem, że moja pozycja będzie zdecydowanie bezpieczniejsza, jeśli dam się poznać jako zwyczajny piekielny zjadacz kiełbasy.

  • Jestem absolutnie zepsuty – odpowiedziałem. Coś oparzyło mnie w rękę, jakby wetknięto mi w nią sztabę gorącego żelaza.

Lucyfer spojrzał gniewnie na Ojca.

  • Wynocha – wycedził – Oplawca.

Cerber zaparł się lewą nogą o asfalt. Jedna z jego głów krwiożerczo wyszczerzyła kły. Pozostałe dwie głowy spojrzały na nią ze zdziwieniem. Cerber pomyślał, że to fatalna sytuacja spotkać się z niezrozumieniem ze strony większości i że nie do końca rozumie dlaczego niektórzy są tak impulsywni, po czym zauważył, że sytuacja, w której on czuje się nieswojo warcząc na człowieka, ze względu na to, że również on i jeszcze raz on na niego nie warczą, jest w całkowicie uzasadniony sposób przygnębiająca. Usiadł więc na ziemi i właśnie wtedy, z niezrozumiałych dla siebie przyczyn, zaczął radośnie merdać ogonem. Ogon wędrował z jednej strony na drugą szorując piach pokrywający asfalt i nagle cerber poczuł, że nie musi nawet koncentrować się na tym machaniu, bo ono wypływa z niego samego zupełnie naturalnie jak smutek, rozpacz i myśli samobójcze. Rozdziawił wszystkie paszcze i radośnie dysząc gapił się na Ojca, który w tym samym czasie wskakiwał przerażony do samochodu. Wolność wynikająca z przełamania własnej niemocy napełniła cerbera taką radością, że chciał rzucić się w objęcia Lucyfera. I zrobiłby to niechybnie gdyby tylko wiedział jak wstać. Pozostał więc siedząc na asfalcie i merdając ogonem, którego również za żadne skarby nie potrafił powstrzymać. Lucyfer patrzył na niego rozbawiony przez kilka chwil, po czym odwrócił swoje twarze w moją stronę i powiedział w sposób wyrażający najwyższe znużenie:

  • Czyli będziemy teraz walczyć, tak? - powiedział już całkowicie poprawnie.

    Najwidoczniej okres zużycia zdrajców do żucia nie jest wcale dłuższy niż zdrajców zwyczajnych, których dziejową rolą jest wyłącznie odbijać blask zdradzanych. Tak czy inaczej sugestia walki wydała mi się nie tylko niezrozumiała i mówiąc delikatnie, niekonieczna, ale zwyczajnie absurdalna. Przynajmniej do momentu kiedy biały tiul prawego skrzydła nie opadł mi niezdarnie na buty. Chciałem się temu bliże przyjrzeć, ale z miecza, który trzymałem w prawe ręce buchnął mocniejszy płomień i osmalił mi rzęsy.

  • O co tu chodzi? - zapytałem konsekwentnie znudzonego Lucyfera

  • Rytuały – odpowiedział – współistnienie dobra i zła wymaga kultywowania spięć granicznych. Od czasu rozpoczęcia przez niebo polityki ograniczania dystrybucji dobra w celu zminimalizowania zła znacznie osłabło również to napięcie powierzchniowe, które powstawało zawsze pomiędzy nami na przestrzeni, którą nazywamy potocznie trampoliną i produkowało ludzi i zjawiska bardzo święte albo bardzo zepsute. Dzisiaj wszystko jest nieokreślone, dobrozłe, a w tym tempie degenerowania się paradygmatów, możemy niebawem dojść do stanu, w którym niebo i piekło, dobro i zło zleją się całkowicie. A to z politycznego punktu widzenia będzie nie do zniesienia.

  • Więc jaka w tym moja rola? - nadal nie zrozumiałem

  • Jesteś kitem, albo pianką poliuretanową. Przywieźli cię tutaj, żebyś załatał pozrywane ściegi w trampolinie. Nie ma wojowników. Od nas nikt nie polezie do nieba, ze względu na grawitację i przyciężkie dupy. Z nieba wierchuszka również się nie fatyguje, bo od czasu pobicia ikonoklastów przez ikonoduli, najwyżsi dostojnicy niebiańscy głównie pozują, więc w zamian podsyłają takich odpustowych przebierańców jak ty, bez urazy, którzy nagle odkrywają, że niechcący zatrudnili się w roli archanioła. Teraz jeszcze musisz poczuć misję, zew bohaterski, pragnienie walki i rzucić się na mnie ze słowami: „giń przeklęty!”, ja mogę krzyknąć: „na moc posępnego czerepu” i będziemy w domu. Ciach, trzask prask, świat uratowany, wracam przed telewizor. Nie parzy cię ten miecz?

  • Trochę – odparłem – a nie moglibyśmy pominąć samej walki? Pan wraca przed telewizor, a ja?

  • Hm – zamyślił się Lucyfer – jakoś mi to zawsze umyka. Chyba giniesz, chociaż nie dam głowy.

  • A mógłbym nie?

  • Raczej nie bardzo. Zresztą w porównaniu z tym co ja muszę przeżywać, jedno małe zginiątko nie jest szczególnie dotkliwą dolegliwością.

  • Co przeżywać? - zyskać na czasie, zyskać na czasie. Później może coś się stanie.

  • Nie sądzisz śmiertelniku, że to paradoksalnie zabawne – Lucyfer prawdopodobnie miał dużo czasu, więc spokojnie podjął temat – to co dla mnie jest największą karą, dla was od zawsze było celem. Pomyśl o Ewie, jak wyciągała swoją łapczywą rączkę po jabłko wiadomości dobrego i złego, jak wyrywała się do tej samowiedzy, która pozwala umiejscowić się człowiekowi, niczym Bogu, w tej perfekcyjnej trójjedności czasu, gdzie idealnie współgrają przeszłość teraźniejszość i przyszłość. Tylko, że Ewie dostało się niewiele, bo jakim znowu osiągnięciem jest jeden mały gryzek zielonego owocu. Ewa i Adam ukarani zostali uwikłaniem w czasowość. Oto z elementów doskonale statecznej tafli oceanu, gdzie każda strona jest jednakowo nieskończona, stali się bytami przemijającymi. Nagle oboje odkryli, że to co było wczoraj już nie istnieje i ta przygnębiająca świadomość kazała im każdego dnia patrzeć na jutro jako na zespół zdarzeń, które kolejnego dnia również przestaną istnieć. Jednocześnie teraźniejszość, a więc ten element czasowości, z którym mieli do czynienia w każdej chwili, okazał się kompletną efemerą, która następowała zawsze i nigdy. Odkryli, że to nie oni istnieją w czasie (od takiego uwikłania zawsze można jakoś uciec) ale, że ten przeklęty owoc zaszczepił czas w nich, jak bezczelnego pasożyta, który zawsze sam tylko dla siebie będzie punktem odniesienia, a oni stanowią wyłącznie jego wytwór. Tak drastyczne uwięzienie było dla nich nie do zniesienia i to właśnie był powód, dla którego Adam i Ewa wymyślili religię. Nadążasz?

  • Mhm – mruknąłem niepewnie. Belzebub z idioty szukającego Judasza przeistoczył się w filozofa, który może i mówił od rzeczy, ale całkiem efektownie.

  • Odreagowuję – powiedział Belzebub – Krótko mówiąc, moja kara jest czymś więcej. Ja nie jestem świadomy tej trójdzielnej czasowej wirówki, ja sam nią jestem. Jestem taką upośledzoną czasową jednoczesnością, jak moje trzy twarze, z których jedna patrzy w przeszłość, druga w teraźniejszość a trzecia w przyszłość. W efekcie ja sam przez całą wieczność wydarzam się jednocześnie w tych wszystkich trzech stanach. Mówię ci młody, to strasznie beznadziejne uczucie, jak by ci to opisać... o, pamiętasz, jednym z fajniejszych sposobów wykonywania kwalifikowanej kary śmierci, jeszcze hen, dawno lub niedawno było rozrywanie końmi. Uczepiało się delikwenta za kończyny do czterech koni, a potem pędzono konie w przeciwne strony.

  • Okropieństwo – żachnąłem się

  • Bez przesady, nie takie cuda ludzkość stworzyła. U mnie jest podobnie jak z karą rozrywania końmi, tyle że użyto dwóch koni, a zamiast koni (bo przecież trudno oczekiwać, żeby fizyczne rozrywanie na kawałki było mi jakąkolwiek torturą), użyto jednego z lepszych boskich wynalazków, czyli czasu. I tak jak Bóg pozostaje całkowicie poza czasem, czyli nie jest nieskończony, jak to usiłujecie sobie tłumaczyć, ale właśnie bezczasowy, tak mnie rozrywają dwie strony tego samego czasu. Twarzą zwróconą w przeszłość przeżywam wszystko do początku, w absolutną nieskończoność, gdzie wszystkie wydarzenia zaczynają się w teraz i rozkładają się na zestaw przyczyn, związków i możliwości w durnej probabilistycznej zawiesinie, gdzie wszystko potencjalnie było możliwe. Było, więc moje skomplikowane rozważania, są niczym więcej niż mnożeniem przez zero. Twarz zwrócona w przyszłość, to natomiast twarz fantazjująca o czymś pewnym. Bo chociaż doskonale wiem co się wydarzy w każdym momencie przyszłości, to jest to tylko wiedza o nieistniejącym, a materializującym się dopiero w tym stanie, w którym zaczyna być przeszłością i materiałem do analiz przez twarz przeszłości. Z jednej strony więc wszystkie rzeczy na świecie są dla mnie doskonale przewidywalne, a z drugiej – całkowicie ode mnie niezależne. To piekielne przekleństwo samowiedzy, które religia określa jako nieskończony brak nadziei. Kiepsko co?

  • Nie wiem – odpowiedziałem szczerze, bo niewiele zrozumiałem z objaśnień Lucyfera – ale co robi środkowa twarz?

  • Środkowa twarz jest punktem, w którym przeszłość spotyka się z przyszłością, jest generatorem wrażeń, bieżącym przetwornikiem impulsów napływających z nieskończonego odcinka czasu. Twarz środkowa jest dokładnie tym czym jesteś ty – punktem w nieskończoności. Jest punktem, a zatem nie istnieje.

  • Czyli ja też nie istnieje?

  • I tak i nie. Istniejesz jak suma odbić w przyszłości i przeszłości, innymi słowy – istniejesz we mnie. Jeśli chodzi ci o jakieś odrębne istnienie – nie, nic z tych rzeczy.

  • A jeśli zaraz utnę ci głowę, czy wtedy zacznę istnieć? - zapytałem. Irytowała mnie jego ostentacyjna pewność i pogarda. Płonący miecz palił w rękę, a skrzydła łagodnie powiewały po obu stronach ciała.

  • Jak możesz mi uciąć głowę, skoro jesteś tylko we mnie. Słyszałeś kiedyś, żeby ktoś popełnił samobójstwo skręcając sobie kark albo topiąc się w umywalce? Nie? No właśnie, z tego samego powodu, nie odetniesz sam sobie głowy. Mógłbyś już zaatakować, czy będziemy nadal ciągnęli tę standardową rozmowę?

  • Stawaj więc – w uszach mi zadudniło. Wiatr zaświszczał między piórami moich skrzydeł. W głowie szumiało mi od podniosłego napięcia, patetycznych trębaczy, którzy obstawili pobliskie krzaki i nieco poświstując od wznieconego przez mój miecz wiatru grali z bojowym zacięciem.

  • Stawaj – powtórzyłem – zniszczę cię choćbym miał zginąć

  • Ho, ho, traktujecie to zginąć strasznie fizycznie. Obawiam się, że możesz się rozczarować.

  • Giń przeklęty!

Lewą dłonią objąłem rękojeść miecza i trzymając oburącz podniosłem go nad głowę. Miecz zapłonął krwistoczerwonym ogniem. Lucyfer stał niewzruszony. Obok niego z tępą miną cerber merdał ogonem. Wyczuwałem podstęp, ale nie wiedziałem jak mu przeciwdziałać. Lucyfer przewyższał mnie wzrostem o głowę, tę w którą musiałem błyskawicznie zadać śmiertelny cios. Zamarkowałem ruch okrążający w prawą stroną, po czym odbijając się z prawej nogi skoczyłem w lewo i mając niewzruszoną twarz Lucyfera w zasięgu ciosu, zagłębiłem w nim płonące ostrze.


Z ciemnej pustki, która nastała zaczął niemrawo wyłaniać się i narastać warkot, by po chwili rozbłysnąć dwoma błyszczącymi ślepiami. Stałem na środku drogi i oczekiwałem ich jak zbawienia, ostatecznego zakończenia tej tragicznej farsy, tego niedorzecznego ciągu zdarzeń. Czy gdybym coś zrobił inaczej, zmienił którąkolwiek z podjętych decyzji, to czy miałbym szansę uniknąć tej przejmującej pewności, że wszystko znów stanie się dokładnie tak samo? Ta świadomość jest najdotkliwiej nieznośna wtedy, gdy patrzę na swoją durną współczującą twarz gapiącą się przez szybę samochodu, a jedyne co przychodzi mi do głowy, żeby przetrwać ten tani spektakl to znów, po raz nieskończony, ugryźć się w łapę.

 


aksolotl 2010-05-16 19:55:42
skomentuj (0)
Autostopem przez piekło

W ramach wstępu.

Autor postanowił wziąść udział w konkursie literacki, którego tytuł: "Autostopem przez piekło" bardzo mu się spodobał. W związku z tym spłodził autor opowiadania, którego niestety nie może opublikować w całości, bo a nuż zdobędzie jaką nagrodę, więc opublikuje w części, żeby jakiś ślad pozostawić. Jak Kombi. Opowiadanie jest o piekle i nawiązuje nawet do "Boskiej Komedii" Dantego, której autor konsekwentnie nie przeczytał. To w zasadzie tyle. Poniżej fragment jakoś ze środka.

Było już ciemno, padało. W piekle pada bardzo często i zasadniczo jest zimno. O późnych godzinach ulice pustoszeją, a potępieni chowają się głęboko w swoich celach licząc, że kolejny dzień nie przyniesie im niczego gorszego niż dzień poprzedni, co zazwyczaj się udaje i kolejny dzień jest równie zły. Ojciec zaklął wciskając hamulec. Samochodem szarpnęło, wylądowałem twarzą na desce rozdzielczej i obserwowałem jak powoli suniemy w kierunku sześciorga gorejących ślepi, które wraz z całą resztą zmechaconego cerbera stanęły na środku drogi tęsknie patrząc w zbliżające się światła naszego pojazdu. Drugie szarpnięcie – samochód złapał ostatecznie przyczepność i zatrzymał się o centymetry od pysków cerbera. Cerber spojrzał jedną z głów z tak rozpaczliwym niedowierzaniem, że zrobiło mi się go żal. Oparł jedną z głów na zderzaku jakby oczekując, że za chwilę z jakiegoś szczęśliwego zrządzenia losu eksploduje silnik. Po wystającym kle spływała mu ślina. Był prawdopodobnie pierwszym cerberem, któremu kiedykolwiek udało się doprowadzić do sytuacji bezpośrednio zagrażającej życiu, więc wpadając pod koła stałby się dla wszystkich innych kimś na miarę Orfeusza, z tym, że z przeciwnym wektorem. Oczywiście stanie się dla kogoś kimkolwiek kompletnie cerbera nie obchodziło, podobnie jak i to, kim był Orfeusz.

- Oplawca, Oplawca – rozległo się gdzieś z krzaków.

Spojrzeliśmy w tamtym kierunku. Jedna z głów cerbera zrobiła to samo. Druga nadal spoczywała na zderzaku, a trzecia całkowicie wykolegowana z dwóch możliwych działań ugryzła się w łapę.

- Oplawca, tu jesteś – rozległo się zupełnie z bliska. 

Z krzaków wyskoczył postawny demon i podbiegłszy do cerbera objął go za głowy i poklepał przyjaźnie. Cerber pewnie zamachałby ogonem, jednak to wymagało skoordynowania jego trzech osobowości, co zawsze powodowało, że ogon smętnie zwisał przy ziemi. Powiedzieć, że pies i właściciel upodabniają się do siebie, to w tej sytuacji nic nie powiedzieć. Demon miał, podobnie jak cerbery, trzy głowy, a w zasadzie jedną głowę składającą się z trzech paszczy. Zaproponowałem Ojcu, żeby razem z Bogiem opatentowali trójdzielną jedność, bo w piekle robią na tym niezgorszy biznes.

- Zamknij się – syknął Ojciec – to Lucyfer.


aksolotl 2010-03-21 13:38:37
skomentuj (2)
Echo


Podnoszę głowę i spoglądam na miękki ślad szczeliny w ścianie. Szczelina jest nieco chaotyczna, jak wszystko co znajduje się pomiędzy. Lubię myśleć, że jest moja, chociaż nikt nie dał mi do tego wyłącznego prawa i jeśli na przykład Patryk położyłby się spać dalej od mamy a bliżej tej strony, to być może obudziłby się któregoś dnia myśląc dokładnie to samo, co ja myślę teraz – że szczelina jest w istocie tym samym czym jest on. Myślę tak też dlatego, że kiedy stoję, pęknięcie, które ją tworzy, zaczyna się dokładnie na wysokości moich oczu, po czym biegnie łagodnie w dół muru aby za chwilę zatonąć w klepisku pod moimi stopami. Teraz, kiedy się budzę, szczelina, tuż przed moimi oczami, swoim najbardziej fantazyjnym zawijasem zbliża się właśnie do tej granicy, za którą będzie już tylko surowy plusk i koniec – szczelina zniknie pod moją lewą dłonią. Wszystko jest skończone – myślę i szczególnie mi się ta myśl podoba, więc sięgam pod głowę i wygrzebuję z torby dużą kartkę formatu A4 i zapisuje na niej dużymi, drukowanymi literami: WSZYSTKO JEST SKOŃCZONE, po czym chowam kartkę z powrotem do torby i całkowicie wygłuszając wszelkie myśli zamykam jeszcze na chwilę oczy, jeszcze na chwilę.

Lubię spać na boku, z twarzą niemal przyklejoną do ściany. Jest między nami jakiś rodzaj przyciągania, tak jakby jej matowoszara struktura, chłodne zacieki i owo chaotyczne pęknięcie, były częściami mojego ciała, tak samo jak są nimi ręce i uszy, gdzie każdy gest wypowiedziany wobec tego fragmentu ściany jest wypowiedziany wobec mnie, każde moje westchnienie i każdy mój smutek, jest westchnieniem i smutkiem ściany. Myślę, że to wyłącznie głupi pomysł dorosłych albo jeszcze lepiej, tych z drugiej strony, bo przecież wcale nie musi być tak, że jesteśmy czymś całkowicie odrębnym od ubrań, zwierząt i ścian. Jeśli nie boli mnie kiedy Patryk kopnie w mur, to może tylko dlatego, że ten fragment ściany jest akurat za daleko i za długą drogę musi przelecieć ból zanim dotrze do mnie. Więc rozpierzcha się w powietrzu, a ściana oddzielona ode mnie czuje się zapomniana i samotna. Tak o niej czasem myślę. O niej, o naszym psie, a czasami też o mamie.

Leżę jeszcze chwilę, chociaż wiem, że tata i inni już wstali, i że krzątają się niemrawo gdzieś za moimi plecami, całkowicie bez celu. „Krzątać się bez celu” to też pomysł dorosłych. Mówią, że robią coś bez celu i brak tego celu od razu odbiera ich działaniom sens, a przynajmniej sens jakikolwiek inny niż przeciwstawienie się bezkresnemu i ciążącemu im „teraz”. Nie rozumiem tej ich pilnej potrzeby, żeby istniał cel i sens, bo skoro jestem ja, Patryk, pies a może dzisiaj zapuścimy się nieco dalej w korytarz północny, to ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego ich zdaniem musi istnieć coś jeszcze, co musi uzasadniać jakiekolwiek działania. Myślę, że właśnie ten cel i sens wymyślili po to, żeby wymigiwać się od zabaw, od rozmów i od chodzenia wzdłuż muru, który na pewno dalej otwiera się na nieznane światy.

Obudził się też Patryk, więc zwijam się w kłębek i mam nadzieję, że jeszcze przynajmniej przez chwilę do mnie nie przyjdą i nie każą mi wstawać. Lubię leżeć, nie ruszać się, być samemu ze swoimi myślami i snem. Lubię też chodzić, biegać, pomagać rodzicom albo innym jeśli czegoś im potrzeba. Ale z jakiegoś powodu nie znoszę przejścia między tymi dwoma światami, nie znoszę świadomości, że coś odrywa mnie od jednego i przenosi do drugiego, chyba że jestem już tak bardzo zmęczony, że spokojnie opadam w sen, który przecież jest czymś zupełnie odrębnym od codziennej krzątaniny a nawet ode mnie samego. „Już dobrze mamo” - odpowiadam podnosząc się na łokciach i spoglądam na obozowisko. Na północnej stronie stoją mężczyźni, w tym mój tata. Czasami któryś z nich coś powie, ale reszta rzadko kiedy odpowiada, czasami też patrzą rozmarzeni w niebo – zastygają wtedy, tak jakby właśnie ktoś im obiecał, że dzisiaj będą mogli obwiązać się sznurkiem i pobiegać po korytarzach, na przykład pobiec północnym na co najmniej dziesięć zakrętów. Tak tata obiecał nam wczoraj, więc podnoszę się na łokciach i próbuję spotkać wzrok taty, żeby przekonać się czy nadal o tym pamięta i że nam dzisiaj pozwoli. Ale mama prosi mnie, żebym jej rozmasował plecy, więc wstaję, otrzepując się (nic mnie nie pobrudziło, ale zawsze czuję, że sen osiada na mnie w nocy i jeśli go nie strzepnę, kiedyś, nawet zupełnie w środku dnia, mogę nagle zasnąć i obudzić się jakoś w środku nocy. A to byłoby zupełnie niepoważne).

Wszystko, to znaczy wszystko to co widzę, co jestem w stanie dotknąć, poczuć i posmakować, znajduje się wraz z nami wszystkimi w poplątanej spirali ścian, którą dorośli nazywają labiryntem. Dorośli, a przynajmniej ta ich część, dzięki której ślęczymy w tym samym miejscu od lat, twierdzą, że poza tym co znajduje się obok nas, nie istnieje nic innego. To zupełnie tak, jakby z konstrukcji ludzkiego ciała, to znaczy z faktu, że nie można tak obrócić głowy, żeby zobaczyć swoje łopatki, wnosić, że plecy nie istnieją. Ania twierdzi, że to prymitywny solipsyzm, który pozwala dorosłym nie przyjmować do wiadomości takiego choćby hipotetycznego modelu, w którym za ścianą istnieje inny świat, który jest dokładnym przeciwieństwem naszego, a więc przestrzenią jasną i otwartą. Moim zdaniem Ania może mieć rację, ale mówi o tym wszystkim tak niezrozumiale, że nigdy nie przekona rodziców, żebyśmy w końcu ruszyli północnym korytarzem i spróbowali przedostać się na drugą stronę. Inna rzecz, że Ania twierdzi, że istnienie drugiej strony, podobnie jak istnienie labiryntu jest tylko niewiele znaczącą projekcją i wydostawanie się za ścianę jest tak samo pozbawione sensu jak pozostawanie z tej jej strony, a to z tego względu, że i jeden i drugi stan całkowicie bezpodstawnie zakłada oczywistość istnienia ściany. Nie zgadzam się z Anią, w ogóle mocno niepewnie czuję się z dala od materializmu, a solipsyzm praktyczny różni od solipsyzmu prymitywnego tylko ornamentyka. Moim zdaniem.

Ania szarpie mnie za rękaw, więc podnoszę się z kolan i spojrzeniem pytam, o co chodzi. Mama zadowolona z rozmasowania jej bolących pleców wygina grzbiet i nucąc pod nosem melodię z jakiejś opery, drewnianą szpachelką zeskrobuje mech, który w nocy zdążył porosnąć na ścianach, a następnie uważnie i z nabożnym namaszczeniem wybiera z zebranego na szufelkę mchu fragmenty zmurszałego muru. Ten i tak sprytnie schowa się albo wplecie w wilgotną kępkę roślin, może tylko po to, żeby ojciec, po całym poranku milczenia, mógł przy obiedzie kląć na zły los, zmarnowane życie i obarczać za to odpowiedzialnością mamę, którą nawet mur potrafi wyprowadzić w pole. Ostatecznie wygląda to na jakieś tajne porozumienie między moim tatą a murem, z którego to porozumienia oboje czerpią określone korzyści – tata znajduje najprostsze usprawiedliwienie dla swoich niepowodzeń, przenosząc odpowiedzialność za nie poza siebie, a mur ma szanse głośno chrupnąć pod czyimś zębem, co prawdopodobnie bardzo go cieszy. Mnie też cieszy, bo potwierdza to moją tezę o braku rozłączności między ludźmi a przedmiotami. Swoją drogą, to tata i wujkowie uparli się na samodzielność i skoro zrezygnowali z wędrowania, nie ma już szans na to, że za kolejnym załomem muru znajdziemy kolejny przydział jedzenia, a skoro tak, mama i ciocie muszą codziennie skrobać mur, rozdzielać mech od drobin zaprawy i cegieł, co się nigdy do końca nie udaje, i za co codziennie tata i wujkowie im wymyślają.

Ania szarpie mnie za rękaw. Ma coś takiego w oczach, że nie czekając na odpowiedź zrywam się z kolan i biegnę za nią. Kucamy za pierwszym załomem, tak, żeby nikt nas nie zobaczył, chociaż wszystko tu dzieje się tak blisko, że jedynym uzasadnieniem faktu, że tajemnice jednak u nas istnieją, jest, jak podejrzewamy, uzależnienie od plotkarstwa, które opanowało nie tylko mamy i ciotki, ale w ogóle wszystkich dorosłych i nawet sporo dzieci. Trochę trudno rozmawiać ciągle o skrobaniu ściany albo o problemach z dziećmi i dorosłymi, a przecież spędzając dzień za dniem w ciasnym korytarzu, trudno dorosłym rozmawiać o czymś innym, więc ciotki i mamy zawsze spotykają się małymi grupkami i roztrząsają tajemnice innych ciotek i mam, dzieci, wujków i ojców. Brak tajemnic kompletnie by tę misterną zabawę rozsypał, bo oczywistość z samej swej natury jest całkowicie jednolita i nawet jeśli można w niej znaleźć jakąś chropowatość, którą można rozplotkować, to przecież marnuje się na to rozdrapywanie i maglowanie oczywistości mnóstwo energii, a i tak trzeba się podeprzeć jakąś tajemnicą, więc tak czy siak, brak tajemnic położyłby na łopatki całą naszą rodzinę. Dlatego, jeśli ktoś próbuje porozmawiać z kimś innym, tak, by nie byli oboje słyszani przez nikogo postronnego, powinien zamachać ręką w ustalony już sposób, a następnie schować się za załom muru, albo za pierwszy zakręt (wychodzenie dalej niż za pierwszy zakręt jest zakazane) i spokojnie rozmawiać wiedząc, że nie będzie niepokojony. Ale tak robią dorośli. Naszym zdaniem to całe machanie ręką jest zwyczajnie durne.

„Dzisiaj mam rytuał” – mówi Ania, ciężko oddycha i wygląda na trochę nieobecną. „Trzeba coś wymyślić”- mówię żeby powiedzieć cokolwiek, bo nie mam zupełnie pomysłu co zrobić. Rytuał nazywa się w całości „rytuałem zobaczenia” i w istocie jest rytuałem dorosłości. Nazywa się rytuałem zobaczenia, ponieważ w jego trakcie osoba poddana rytuałowi podnoszona jest na wysokość szczytu muru i może zobaczyć wszystko. Nie wiadomo dokładnie co widać, gdy spojrzy się ponad murem, bo nikt z tych, którzy zobaczyli, nigdy o tym nikomu nie powiedział i nawet w plotkarstwie temat ten jest konsekwentnie pomijany i nie stanowi tajemnicy, choć na mój rozum, trudno o większą tajemnicę niż ta. Prawda jest jednak taka, że po rytuale ludzie stają się, jakby to najlepiej ująć, otępiali, przestaje ich ciekawić cokolwiek co nie wiąże się bezpośrednio ze snem, jedzeniem, rozmnażaniem, narzekaniem względnie tępym patrzeniem w niebo, co zazwyczaj robią mężczyźni stojąc tak jak teraz mój tata, na głównym rozwidleniu. Tam mieliśmy od rana pobiec z Anią i Michałem, a może i z innymi, żeby tata i wujkowie obwiązywali nas po kolei sznurkiem, a następnie tak obwiązanym pozwalali biec korytarzami, do dziesięciu zakrętów. Każdego z nas dorośli asekurują, popuszczając linkę, którą trzymają w rękach. Ostatnio pozwolili zapuścić się na siedem, teraz czekają nas nowe, nieznane zakręty, za którymi mogą się kryć rzeczy, o których nam się nie śniło, nowe światy, może, może pustka, może jakiś, jakikolwiek przedmiot, który z dumą będziemy mogli przynieść, jak Patryk, który kiedyś znalazł na rajdzie małą kauczukową piłeczkę, którą musiał tam wrzucić ktoś z zewnątrz. Ta piłeczka rozpalała nam wyobraźnię miesiącami, ale później Patryk wziął udział w rytuale i stał się dorosłym. Od tego czasu w zasadzie nie rozmawiamy.

„Kiedy ma być rytuał?” - pomysł jest prosty, chociaż mocno niedopracowany, jak to jest z pomysłami, które rodzi nagła potrzeba. „Wieczorem” - odpowiada Ania. „A rajd będziemy robić teraz” - ciągnę konspiracyjnym szeptem. Wprawdzie nikt się nami nie interesował, bo tajemnice dzieci zazwyczaj dorosłych nieszczególnie zajmują, ale lepiej mieć pewność, bo akurat w tej sprawie trzeba postępować jak najostrożniej. Postępować, o ile Ania się zgodzi. Ania patrzy na mnie roziskrzonym wzrokiem, bo teraz nie dyskutujemy nad ontologicznym wymiarem naszego położenia, teraz stoimy nad krawędzią wszelkich aksjomatów, fundamentów naszego bycia, fundamentów wydawałoby się nieskończonych i wszechogarniających, jak zakaz wychylania się ponad mur, a które nagle pod wpływem nadchodzącej nieubłaganie zmiany, stały się kruche jak wiór, nieodporne na naszą nieprzejednaną wolę bycia, naszą miłość, czy wreszcie nasze nieodwołalne przyzwyczajenie do stanu, którego nie chcemy nigdy skończyć – dzieciństwa. Ale dzieciństwo ma też jedną podstawową wadę – każe panicznie bać się aksjomatów, więc teraz Ania schyla głowę i trzęsie się ze strachu, a mój konspiracyjny szept zaczyna palić mnie w język. „Pozwolą nam pobiec razem?”. „Spróbujemy”. Podnosimy się i niepewnie, tak jak robią to dzieci, które coś przeskrobały, rozchodzimy się do swoich.

Przerzucam sobie torbę przez plecy i pierwszy podchodzę do taty. Tata wpatruje się w przeciwległą ścianę, dokładnie obok miejsca, w które wpatruje się wujek. Wygląda to trochę tak, jakby każdy z nich miał wydzielony obszar, w który może patrzeć – to wyznaczone terytorium, którego bronią przed spojrzeniem innych. Ania mówi, że to prawdopodobnie wariacja ich solipsyzmu. Polega ona na tworzeniu przez tatę i wujków projekcji na ograniczonym obszarze muru, która zawiera wszystkie istotne dla nich elementy. Mogą być wśród nich mama, ja, Patryk ale może być też tylko jedzenie albo jakaś ciocia, bo nikt poza jej właścicielem nie zna treści projekcji. Za to dorośli zatracają jakiekolwiek rozróżnienie między ową projekcją a światem rzeczywistym, dlatego wszelkie utyskiwanie na mur chrupiący im w zębach prowadzą również z samym murem, a odrywania się od projekcji – kiedy przychodzą do nas, jedzą śniadania, obiad albo pozwalają nam wbiegać w korytarze – zupełnie nie zauważają. Więc tata i wujkowie w swojej projekcji cały czas stoją przed murem projektując jej kształt, jak i równocześnie uczestniczą w tym co zaprojektowali. To zupełnie jak w snach, w których jesteśmy przynajmniej jednym z bohaterów, a cały świat rozsypałby się w chwili, w której obudziłaby nas mama albo pies.

„Tatuś” - szarpię go za rękaw - „kiedy będziemy biegali?”. Tata na chwilę odrywa wzrok od ściany (teraz patrzy na nią w swojej projekcji, bo przecież ktoś musi, żeby wszytko się nie posypało w diabły), kładzie mi rękę na głowie, po czym sięga do torby i wolno odwija z niej sznurek. Podchodzi Ania. Patrzę jak zbliża się do wujka, swojego taty, ciągnie go za rękę, mówi mniej więcej to samo co ja, po czym obserwuje jak jej tata sięga do torby i wyjmuje z niej sznurek. „Możemy pobiegać razem?” - mówię do taty i robię najsłodszą minę na jaką stać moją dziecięcość, a wiadomo, że w tej materii dziecięcość ma absolutnie nieograniczone możliwości. Nasi tatowie patrzą na nas, po czym mój tata wzrusza ramionami, patrzą na siebie z wujkiem, a my zastygamy w napięciu. Ania wie, że pomysł z dzisiejszym rytuałem jest pomysłem jej taty, a wynika wprost z podejmowanych przez Anię prób przekonania go do ruszenia z miejsca, co Ania próbowała osiągnąć za pomocą tyrad o beznadziejności solipsyzmu prymitywnego, który on, to znaczy jej ojciec, reprezentuje. Te tyrady sprawiały straszny dyskomfort ojcu zajętemu utrzymywaniem na murze projekcji, a przecież nic nie stanowi większego zagrożenia dla porządku świata niż dyskomfort demiurga, tak więc w dobrze pojętym interesie swoim, rodziny oraz samej Ani, ojciec jej podjął decyzję, by te chore i bezproduktywne dywagacje swojej córki ukrócić. Rytuał natomiast stanowi idealny sposób na odpowiedniej jakości uniformizację, więc ojciec Ani postanowił poddać ją rytuałowi.

Szczęśliwie projekcja naszych rodziców nie zawiera takiej perforacji, w której oboje z Anią postanawiamy z rajdu nie wrócić, zrywając asekurujące nas sznurki i raz na zawsze projekcję opuszczając, więc ojcowie skinieniem głowy porozumiewają się w kwestii wyrażenia zgody i chwilę później wybiegamy prosto w północny korytarz. Biegniemy obok siebie, bez słowa, oddech obok oddechu. Stopy miękko odbijają się od klepiska, a odległa jeszcze przed chwilą ściana pierwszego rozwidlenia robi się coraz bliższa. Dziadek zawsze mówił, że jedynym sposobem by wyjść z labiryntu jest trzymanie się zawsze jednej ściany, konsekwentne podążanie wzdłuż niej, aż do wyjścia. Dziadek nigdy nie wyszedł z labiryntu ale za to całkowicie zbzikował i nocami wyśpiewuje swoje wariackie serenady, które są tak przepełnione ckliwą tęsknotą, że gdyby dało się przy tym zasnąć, wszyscy z przyjemnością byśmy dziadka słuchali. Ale się nie da, więc zawsze ktoś musi wstać i dziadka zakneblować. „W lewo” - krzyczę i hop, błyskawicznie skręcamy w lewo, ja trochę z przodu, Ania tuż za mną. Zginam ciało tak, że lewym barkiem prawie zahaczam o załom muru i zaczynam się głośno śmiać. Ania odpowiada mi swoim śmiechem. Zbliża się kolejne rozwidlenie więc zbiegam do lewej ściany, w zasadzie nie zwalniając mocno odbijam się z lewej nogi i wpadam w prawy korytarz.. „Za mną” - Ania nie pozwala się zostawić w tyle, sznurki za naszymi plecami piłują mur - „hej” - kolejny zakręt wypada bardzo blisko, tym razem skręcamy w lewo. Tu nie ma żadnego porządku, nie mam pomysłu na drogę, a trzymanie się konsekwentnie jednej ściany do niczego nie prowadzi, chyba do tego tylko, żeby co noc twoje dzieci albo wnuki wkładały człowiekowi gałganek w usta. Korytarz jest całkowicie pusty, tak jakby wszystkie skarby zostały już wyzbierane przez dorosłych albo raczej przez inne dzieci, bo dorośli w ogóle tym się nie interesują. „Pewnie ktoś już tu biegał” - myślę. Ale przed nami jeszcze nowe korytarze, nowe wyzwania, tajemnice, kolejne zakręty za którymi pewnie znajdziemy jakieś niesamowitości. Chyba, że się nagle okaże, że od lat ślęczymy w naszym korytarzu, a wyjście z labiryntu znajduje się tuż tuż. Może nawet nie będziemy musieli uciekać, może za kolejnym zakrętem znajdziemy wyjście i Ania tam zostanie a ja pobiegnę do wszystkich, będę krzyczał, że znaleźliśmy wyjście, a oni wszyscy nagle odżyją, rzucą wszystko i pobiegną za mną na zewnątrz, gdzie zaprowadzi nas sznurek, który teraz metodycznie popuszcza ojciec Ani..

Zwalniam nieco w dłuższym korytarzu i pozwalam się Ani doścignąć. Wiem, że myśli tak samo jak ja, o tym samym marzy. Im bliżej jesteśmy dziesiątego zakrętu, tym bardziej odpływa z nas entuzjazm a jego miejsce zajmuje strach, jak ciężki przemoknięty sweter. Zwalniamy oboje, teraz już nie biegniemy, idziemy powoli, trochę strachliwie oczekując na kolejne zakręty. Ósmy, nie, jeszcze nie teraz, za ósmym rozciąga się kolejny korytarz, pusty, tak jak poprzednie. Jeśli coś wywołuje więcej emocji, niż nadzieja zobaczenia za kolejnym zakrętem wyjścia, to bez wątpienia rozczarowanie, że kolejny korytarz nie różni się niczym od poprzedniego. Ale i tak mocno zaciskamy ręce i wstrzymując oddech zbliżamy się do kolejnego zakrętu. Pusto. Czy to możliwe, żeby ten ciąg korytarzy nie miał końca? To przecież niewyobrażalne, a skoro znaleźliśmy się z jakiś, bliżej mi nie znanych przyczyn, w labiryncie, to logicznym jest, że możemy również z niego się wydostać. Linie narysowane na kartce ogranicza objętość samej kartki, a wielkość labiryntu ogranicza istnienie świata, który jest poza nim. 

Ania ściska moją rękę i skręcamy po raz ostatni. Korytarz przed nami ma może pięć metrów długości, jest jakby ciemniejszy niż inne, tak samo surowo skrojony i kończy się ścianą, która zamyka go całkowicie. To jeden z tych ślepych zaułków, które zawsze psują zabawę. Ania podnosi oczy i spogląda na mnie mieszaniną smutku i jakiejś wewnętrznej pretensji, nie do mnie, nie do siebie nawet, raczej do swojego niezłomnego dotychczas przeświadczenia, że rozróżnienie między światem zewnętrznym i wewnętrznym jest tylko mentalne i jakiekolwiek wydarzenie nie ma prawa tej oczywistości załamać. Nie mam siły utrzymać jej wzroku, więc odwracam głowę w lewo i nagle z jednolitości ściany wyłania się jakiś nienaturalny wzór. To nie jest szczelina, kawałek zmurszałego tynku, czy kępka mchu. Podbiegam do tego fragmentu muru, schylam się i wolno literuje napis, który jakaś nieznana mi ręka wypisała, pewnie lata, dziesiątki lat temu. WSZYSTKO JEST SKOŃCZONE. Odwracam w kierunku ani rozradowaną twarz. Ania patrzy nieufnie, ale kuca obok mnie i jak małe dziecko czyta napis w kółko. Dołączam się do niej i coraz szybciej powtarzamy odczytany napis, jak magiczne zaklęcie, które rozwiązuje wszytko, odpowiada na wszelkie pytania i otwiera bajkowy portal do nowego świata. „Aniu, zobacz” - przypominam sobie nagle o kartce, którą sam rano zapisałem, więc wyjmuje ją z torby i teraz oboje czytamy te same słowa napisane przeze mnie, i tę nieznaną rękę. 

Wiem, że teraz nic mnie nie powstrzyma, to nie jest przypadek, to jest ta chwila. Proszę Anię, żeby mnie podsadziła. Jest starsza i nieco wyższa ode mnie, więc lepiej będzie jeśli ona podsadzi mnie do szczytu muru. Kilkukrotnie korciło mnie wcześniej, żeby tak wyjrzeć jeszcze zanim uciekliśmy, ale po pierwsze, to było zakazane, a po drugie, wiem co się dzieje z ludźmi, którzy tak patrzą. Tylko, że teraz jest inaczej. Może znaleźliśmy właściwy punkt, może wyszliśmy poza strefę tych wszystkich projekcji generowanych przez naszych ojców, a może zwyczajnie za tym murem jest już inny świat, otwarty i jasny, nowy, nieograniczony. Wszystko jest przecież skończone, każde życie, każdy korytarz, każdy labirynt. Odwiązujemy się ze sznurków i podchodzimy do krańca korytarza. Wspinam się Ani na plecy, chwytam szczyt muru i podciągam się na nim, opieram łokcie, przekładam nogę nad szczytem i siadam okrakiem na samej górze. Patrze na Anię i macham jej z uśmiechem, ona macha mi z dołu, tak jakbyśmy się żegnali. Odwracam głowę. Przed moimi oczami wyrasta nieskończony horyzont betonowych sprali, zakrętów, łuków i ścian. Wszystko skonstruowane według jakiegoś całkowicie chaotycznego schematu, gdzie nic, aż po horyzont, nie wygląda inaczej, gdzie wszystko nie ma końca. I w tej nieskończonej plątaninie nagle widzę coś nienaturalnego. Wytężam wzrok, ale jestem już pewien. Całkiem niedaleko, może kilka korytarzy przede mną, ktoś na mnie patrzy, siedząc tak jak ja, okrakiem na murze. „Hej” - wołam i macham do niego ręką, a on odpowiada mi okrzykiem i też do mnie macha. „Aniu – spoglądam na dół, gdzie ona tkwi w pełnym napięcia oczekiwaniu – tam ktoś jest”. Odwracam znów głowę w jego kierunku i widzę, że on również uważnie mi się przygląda. „Wszystko jest skończone” - krzyczę i wyciągam z torby kartkę, którą zapisałem rano. On odpowiada mi tym samym okrzykiem i już po chwili obaj siedzimy trzymając w wyciągniętych dłoniach zapisane karki i rozpaczliwie krzycząc. 

„Rozejrzyj się” - ojciec patrzy na mnie z kłębkiem nawiniętego sznurka w dłoniach, stojąc w korytarzu ciągnącym się po przeciwnej stronie muru, na którym siedzę. Rozglądam się więc, a w nieskończonej konstrukcji luster, moje odbicie z każdej strony patrzy na mnie wyciągając przed siebie kartkę. WSZYSTKO JEST SKOŃCZONE. Teraz rozumiem to zdanie dokładanie, tak jak i to, że świat jest doskonale zamkniętą sumą odniesień, w której ja sam mogę istnieć wyłącznie w ograniczonym zakresie. Labirynt nie jest sam w sobie nieskończony. Jest w istocie bardzo ograniczoną przestrzenią, ale za to zwielokrotnioną w nieskończonej ilości refleksów. Światem dostępnym, rozciągającym się poza ten stan, jest świat stworzonych przeze mnie projekcji, jak odbić mnie samego w lustrze, jak echa wykrzyczanego do swojego odbicia zaklęcia, nieskończonych tak samo jak nieskończona jest ilość i znaczenie pragnień i spojrzeń. Jak teraz kiedy zeskakuje na dół, a Ania patrzy na mnie z uwagą i troską obwijając mnie sznurkiem. Teraz już wiem, że rytuał zobaczenia przeszła na długo przede mną, a cała nasza dzisiejsza ucieczka była dokładnie wpisanym w kanon odwiecznie działających schematów rytuału. „Chodźmy” - mówię spokojnie. Do domu prowadzi nas sznurek cierpliwie zwijany przez naszych ojców.


aksolotl 2010-02-28 14:32:10
skomentuj (0)
Świetlicki, aleś ty przytył
 

Razem wyglądali jak cafe latte. Ona była spieniona, on osiadał równą warstwą między nią a dnem. Na dnie palił papierosa, nad którym ona szczebiocząc płaciła za piwo. Na stopach miała białe buty, przechodzące płynnie w rurkowate nogawki białych spodni, biel kurtki i blond włosy wokół zapudrowanej twarzy. On był szary, począwszy od bojówek, kończąc na papierosie w zębach. Ona szczebiocze, on pali. Ot boski constans. Mam wrażenie, że ile radości nie siedziałoby w tym człowieku, konieczna równowaga między nim samym, a przeciwległym krańcem ich związku, naturalnie wymuszała szary i gburowaty styl, godny zakurzonego trampka. Chociaż może było zupełnie odwrotnie i jego gburowatość wymuszała na niej przekształcenie się w szczebiotliwe nadskakujący i prostolinijnie rozrechotany przeciwny biegun magnesu. Można powiedzieć, że jesteśmy uzależnieni od idei magnesu, podobnie jak od milionów innych metafor, którymi próbujemy przetłumaczyć najprostszy w istocie fakt, że ni w cholerę nic z tego świata nie rozumiemy. Dlatego właśnie rozpaczliwie usiłujemy znaleźć paralele między naszym życiem, a zjawiskami, które w jakiś sposób pojęliśmy. Tak jak choćby miłość porównujemy do magnesu. Można powiedzieć, że to dziwne przyzwyczajenie jest jedynym uzasadnieniem istnienia poezji. Tymczasem po drugiej stronie sali siedzi Marcin Świetlicki i jest o tyle istotny, że nie byłoby mnie w tej knajpie gdyby nie Marcin Świetlicki, a dla równowagi Marcin Świetlicki dałby wiele, żeby w tej knajpie nie być. Albo nie być w ogóle. Umrzeć, wyjechać, nie zareagować? Umrzeć, zmartwychwstać, a potem długo spać.


Oba składniki cafe latte oddaliły się w kierunku stolika, którego nie widzę i który znajduje się poza zasięgiem mojej ewentualnej wścibskości, co jednak nie oznacza od razu, że oboje przestali rozmawiać. Ona nerwowo poruszą się na krześle przesuwając dłonią wzdłuż kufla, on dopala papierosa spoglądając na przemian na nią i tlący się żar. Spędziłem z tobą więcej czasu niż z kimkolwiek – myśli, o papierosie, bo przecież nie o niej. Ona tężeje, jednak nie dlatego, że w jego hierarchii znalazła się za papierosem, bo przecież akurat z tej zależności zdaje sobie sprawę równie doskonale jak i z tego, że nigdy nie potrafi odczytać tego, o czym on myśli. Sztywnieje, podnosi i opuszcza wzrok, podejmuje decyzję, spogląda mu w oczy i mówi: Oczywiście, że nie ma miłości. Nie ma i nigdy nie było. On powoli rozciera papierosa o spód popielniczki i nie ma w tym agresji, jest tylko tępa irytacja, bo przecież on nie przyszedł tutaj rozmawiać. Nie ma i nigdy nie było – mówi ona – Nawet to cośmy robili, w żadnym calu nie zahacza o miłość. On wyjmuje kolejnego papierosa, nadal machinalnie rozcierając poprzedniego, zapala. Ma niejasne wrażenie, że sytuacja nie jest szczególnie pospolita i że oto oboje znaleźli się w momencie, w którym raczej się wychodzi. Wyjedź ze mną, zobaczysz – mówi nie dlatego, że ma ochotę gdziekolwiek wyjeżdżać ale wydaje mu się, że taka propozycja jest w tej sytuacji cokolwiek na miejscu. Ona patrzy na niego z uśmiechem, takim z jakim patrzy się na dziecko. Marcin, mówi, gdzie mielibyśmy wyjechać? Marcin nie wie, siedzi zmęczony na krześle, on nieślubne dziecko Bogarta i Marilyn Monroe. Oczywiście, rozumiem, jesteś pijakiem – mówi ona dzwoniąc w kieszeni kluczem. Marcin Świetlicki patrzy w kierunku ściany, tak jak robią to dzieci, którym zabroniono się bawić. Jeśli o mnie chodzi – mówi z naciskiem – to ja już wychodzę, nim będę śmieszny i stary. Jeśli o mnie chodzi to ja nie chcę prosić o ochłap.


Marcin Świetlicki wstaje, zakłada płaszcz. Proszę na mnie nie patrzeć, ja wychodzę, rzuca na odchodnym wpatrując się w swoje buty. Bohater uwiędły lecz nie umarły. Zmierzch.


aksolotl 2009-12-22 10:47:52
skomentuj (5)
Korytarz, który się odwraca (wersja beta)
Urzędowi Miasta Poznania
i jego niekończącym się korytarzom

Znalazłem w skrzynce na listy kopertę nadaną z Urzędu Miasta. To nic dobrego – pomyślałem - bo Urząd Miasta jest typem instytucji, która nie rozsyła mieszkańcom kartek świątecznych, zaproszeń na prezentacje pościeli, ani innej tego typu miłej tandety. Urząd Miasta rozsyła wezwania oraz decyzje odmowne, co jest tym bardziej nieprzyjemne, im mniej oczekiwane, a skoro nie miałem jakichkolwiek podstaw czegokolwiek z magistratu oczekiwać, koperta z Urzędu Miasta, niczym ciasto z zakalcem, przeleżała dobre kilka dni zanim się za nią zabrałem. W środku, w krótkim lakonicznym formalizmem piśmie wydział geodezji, inspektorat wód podziemnych, w osobie człowieka o dość standardowym nazwisku, wzywał mnie do stawiennictwa w dniu takim a takim w odpowiednim pokoju, w celu konsultacji i ustosunkowania się do deregulacji wód podziemnych w bezpośredniej bliskości mojego mieszkania. Sama idea, przyznam, wydała mi się całkowicie pozbawiona sensu. Raz dlatego, że konsultacje można przeprowadzić przecież zwyczajnie, telefonicznie, nie zmuszając mnie do niepotrzebnej wizyty w magistracie, a dwa – koncepcja żył wodnych i ich potencjalnego wpływu na człowieka zawsze wydawała mi się szarlatanerią pierwszej, nomen omen, wody, więc tym bardziej wezwanie mnie na konsultacje w tej sprawie wydało mi się czystym absurdem. Akurat mnie, bo jak się okazało, żaden z sąsiadów takiego wezwanie nie dostał. Tak czy inaczej, skoro otrzymałem wezwanie postanowiłem się, chcąc nie chcąc, pojawić.

Wyznaczonego dnia przyjechałem do magistratu ewidentnie za wcześnie. Ewidentnie za wcześnie, żeby spotkać się z magistratem w kawiarni, ale nie nazbyt ewidentnie jeśli przypomnimy sobie, że z magistratem spotykam się w magistracie, gdzie jest wiele korytarzy, wiele pokoi i mnóstwo strzałek, z czego wszystkie kierują do wyjścia ewakuacyjnego, nie zaś do wydziału geodezji. Nie można natomiast wykluczyć, że między tymi dwoma miejscami może nie być właściwej korelacji. Otworzyłem więc dziarsko drzwi i zaplątując się niemal we własne nogi próbowałem dokonać skrętu w kierunku informacji, która zanim do niej podszedłem, wprawiła mnie bowiem w koszmarną dezorientację. Od razu za drzwiami (szklanymi, automatycznie się rozsuwającymi) wszedłem na okrągły hol w całości otoczony jasnym blatem, jak fontanna otoczona jest barierką, nad którym również w okręgu widniał niebieski napis: informacja. Blat poprzedzielany był tylko w kilku miejscach korytarzem, w które rozwidlał się hol, wypełzając z siebie w dalsze rejony magistratu. W zasadzie poza skierowaniem się do wyjścia, albo któregoś z korytarzy, mogłem podejść do informacji w dowolnym miejscu i prawdopodobnie ta nieskrępowana dowolność spowodowała, że tuż za drzwiami wejściowymi nogi zaplątały mi się w supeł. Ustabilizowałem pion decydując się na naturalny w takich przypadkach kierunek – czyli na wprost. Podszedłem do lady, na której leżały jakieś ulotki i formularze, bez jakiegokolwiek logicznego porządku. Za ladą stało krzesełko, filiżanka z niedopitą herbatą i długopis. Filiżanka wyglądała na dość zadomowioną, zarastając już w pewnych wewnętrznych partiach białawym włosiem. Długopis natomiast, właśnie, długopis był przezroczysty i gruby więc poza wkładem mieścił też zanurzony w jakiejś cieczy nieregularny kształt. Przechyliłem się przez blat, wziąłem długopis w ręce i przyjrzałem się mu z bliska. W środku pływało małe, gumowe coś, co kształtem przypominało skrzyżowanie pączka z krokodylem, a dodatkowo w wydaniu wielobarwnym. Zmieniając położenie długopisu, stworzenie pływało raz do przodu, raz do tyłu, jak bąbelek powietrza w poziomicy.

Za ladą nadal nie stał nikt. Powiodłem wzrokiem wzdłuż blatu punktu informacyjnego (którego nazwanie w tej sytuacji punktem wydało mi się dość zabawne), rejestrując najpierw szuranie kapciami po płytkach podłogi a potem obiekt wytwarzający szuranie, czyli nieco pochyloną kobietę w okolicach sześćdziesiątki. Tak mi się wydawało, bo jako że szurała akurat po przeciwległej stronie okręgu, a sam okrąg informacyjny był dość pokaźnych rozmiarów, to też gdyby się okazało, że w istocie ma ona dwadzieścia lat, garba i kulę do kręgli zamiast głowy, nie powinienem mieć pretensji do swojej wady wzroku. Miała na pewno kapcie i tak szurając nimi wolno obeszła cały blat, po czym zbliżyła się do mnie udowadniając, pewnie nie po raz pierwszy w swoim życiu, że na szyi ma jednak osadzoną głowę, po czym uśmiechnęła się płomiennie i zapytała: „Dzień dobry, tak, proszę?”. „Dzień dobry” - odpowiedziałem – „jak mogę trafić do inspektoratu wód podziemnych w wydziale geodezji?”. „Och kochanieńki” - załamała ręce, nie załamując jednak uśmiechu, który nie skrzywiał się ani o milimetr niezależnie od wymawianych zgłosek - „to kawałek. Pójdziesz pan, o tam prosto w ten korytarz, prosto do schodów, potem skręcisz w prawo za schodami i dalej prosto, aż do końca i tam schodami w dół. Dalej ci wszystko powiedzą jak kogoś tam zapytasz. Tam na dole wilgoć mają podobno” - dodała karcącym tonem, jakby obciążało mnie to, że idę do wydziału geodezji w jeansach a nie w gumowym kombinezonie. Podziękowałem uprzejmie, wysłuchując jeszcze krótkiego peanu na swoją cześć, gdy okazało się, że filiżanki, przed którą się ustawiłem, pani z informacji szukała od tygodnia i udałem się wskazanym korytarzem. Miałem jeszcze nieco czasu.

Doszedłem do schodów, skręciłem w prawo, korytarz robił się nieco ciemniejszy, a za oknami dziedziniec urzędu gubił się w brunatnych ścianach jakichś bliżej niezidentyfikowanych budynków. Schody, wyglądały trochę jak betonowa drabina i szczerze mówiąc nie wzbudziły mojego zaufania, ale też jakoś niezręcznie było mi chodzić po pokojach i pytać o drogę. Zszedłem więc, powoli, po nieco zmurszałym betonie schodów, wychodząc w końcu na kolejny korytarz, który wyglądał jak skrzyżowanie korytarza w ośrodku zdrowia, z wnętrzem flaka po kaszance. Korytarz był długi, ciągnął się nieznośnie, a widok za oknem był do tego stopnia symetryczny – ściany dwóch budynków położonych obok korytarza wyglądały jak swoje lustrzane odbicia – że w połowie drogi całkowicie straciłem orientację, tak że nie byłem pewien z której strony przyszedłem, tak jak gdyby początek korytarza był jednocześnie jego końcem. Otrząsnąłem się z tego absurdalnego wrażenia wychodząc na mały hol, z którego w dół schodziła jeszcze jedna klatka schodowa. Podszedłem do jedynych drzwi, zaraz obok schodów i zapukałem. W środku siedział tłusty, łysy jak kolano mężczyzna i dłubał długopisem w jakimś formularzu. „Toż się pan zapędził” - powiedział i uśmiechnął się w taki sposób, w jaki powinien uśmiechać się ojciec wydając za żonę osobliwie brzydką córkę. „Inspektorat wód podziemnych? A to pan z szefem chciał. W dół proszę schodami, ale niech pan się niczym nie przejmuje, oni tam mają specyficzne poczucie humoru” - dodał.

Klapnąłem stopą na pierwszy stopnień schodów i „klapnąłem” jest chyba najszczęśliwszym słowem jakim mógłbym określić również reakcję schodów na moje stopy Uczucie było mniej więcej takie, jak gdybym schodził po namoczonych ciasteczkach be-be, a przynajmniej tak sobie wyobrażam schodzenie po namoczonych ciasteczkach. Szczęśliwie balustrada utrzymała mnie w pionie i dość bezpiecznie sprowadziła wzdłuż mlaskającego, stopniowanego placka. Na dole rozpoczynał się korytarz, którego podłoga nieznacznie migotała w świetle zapalonych lamp, tak jak powinna migotać podłoga zalana warstwą wody. Migotliwość podłogi wzmacniały fale wydobywające się spod nóg mężczyzny, który powolnie zmierzał korytarzem w moją stronę. Był nieznacznego wzrostu, szczupły, o dość pospolitej urodzie anemika. Mógł mieć 40 lat. Ubrany był w wytartą marynarkę, która wyglądała trochę jak obrośnięta mchem albo glonami. Spodnie miał podwinięte do kolan, w rękach trzymał buty i brodził w warstwie wody, którą zalany był korytarz, sięgającej mu do połowy łydki, czasami trochę wyżej. Na końcu, może metr przede mną, skręcił w kierunku drzwi, jednych z wielu posadowionych wzdłuż korytarza. Wytarł nogi w pluszową poduszkę pokrywającą małą platformę znajdującą się przed drzwiami, ponad taflą wody. Zatrzymał rękę w połowie drogi do drzwi (jej droga do klamki trwała znowu nie tak krótko) i jakby bardziej mnie wyczuwając niż spostrzegając odwrócił w moim kierunku swoją ziemistą twarz i zapytał: „Czemuż pan tak stoi? Czegóż pan szuka?”. Odezwał się nie poruszając ustami, albo poruszając nimi tak oszczędnie, że nie byłem w stanie tego dostrzec, więc równie dobrze mógł do mnie zagadać pępkiem. Na moją sugestię, że korytarz jest zalany odpowiedział, że owszem ostatnio zaszło było trochę wilgoci po czym zaśmiał się w taki sposób w jaki musi śmiać się pępek, czyli bulgocząc żołądkiem. „Idźże pan tym korytarzem, później w prawo skręć wzdłuż ściany, potem popytasz pan lecz bacz czy, nie gryzą cię w pięty warany” - zakończył uśmiechając się tym razem ustami, co wydało mi się szalenie nienaturalne.

Zdjąłem buty, zapakowałem do nich skarpetki i w podwiniętych spodniach ruszyłem przed siebie, brodząc w zielonkawej tafli sufitu. Stopy straciłem z oczu w momencie, w którym znalazły się w wodzie i osiadły na śliskich glonach, które musiały już zawładnąć cała podłogą. „Ostatnio naszła wilgoć” - pomyślałem z przekąsem, brnąc dalej wzdłuż ścian o fakturze i barwie zastanawiająco odpowiadających twarzy miniętego dopiero co urzędnika, który zdążył schować się już w pokoju. Korytarz, upstrzony kolejnymi drzwiami i platformami, faktycznie skręcał w prawo, załamując się swoim półokrągłym korytem w nieco rozleglejsze pomieszczenie poprzecinane czarnymi cieniami, które przemykały mi pod stopami łaskocząc niekiedy dłońmi, albo płetwami. Ten duży hol, rozwidlał się na dwa korytarze wybijające się na wprost, kilka metrów od siebie, ale też zaraz zakręcające ku sobie. Oczywiście znów nie było żadnych strzałek informacyjnych, a woda już nieco pomoczyła mi nogawki co wprawiało w nie najlepszy nastrój, tym bardziej że wyrastająca z podłogi roślinność plątała się u stóp, obryzgiwała marynarkę, a czasem studziła twarz nadgniłym plaśnięciem. Wszedłem w korytarz po lewej (skręcanie w prawo od samego początku wędrówki po magistracie wydało mi się w końcu dość podejrzane) i brodziłem dalej obserwując z zaciekawieniem, jak oba korytarze wzajemnie się przecinają, jak ślady przeplatających się motorówek, albo warkocza, na przemian schodząc się i rozchodząc, splecione raz sufitem, innym razem podłogą, to prawą to lewą ścianą. W końcu stanąłem przed drzwiami zamykającymi wielki hol, tym razem prawie idealnie okrągły. Prawie, bowiem ściany miały nierównomierne i dość chaotycznie rozmieszczone wgłębienia, tak jakby ktoś żłobił ściany łyżką, taką jaką nabiera się kulki lodów, tylko znacznie, znacznie większą. Drzwi zamykały hol dość skutecznie, jak to potrafią zamykać drzwi pozbawione klamki. Wracać nie było sensu, czas mijał, a szedłem już wystarczająco długo, żeby rezygnować pod sam koniec. 

Zapukałem raz i drugi. Cisza. Okalała mnie kręcąca się przestrzeń holu, który wił swoimi poskręcanymi żlebami, wydostając się ze swojego tynkowego terrarium i sycząc niecierpliwie za moimi plecami. „To wchodzi pan, czeka, wraca, idzie po pączki czy jak?” - wąż miał półtora metra wzrostu, burzę czerwono-rudej trwałej na głowie, okulary i kraciastą spódnicę. Stał za moimi plecami z wyraźną dezaprobatą sycząc zza czerwonej szminki i zapachu perfum, którymi kiedyś najprawdopodobniej dezynfekowano szpitale po epidemiach cholery. „Próbowałem” - odparłem nieśmiało - „ale nie ma przecież klamki. Pukałem”. „A, nowy – stwierdził wąż - Faktycznie myślałam, że któryś z geodezji się wystroił jak na majówkę. No to ja pana nauczę, patrz pan” - mrugnęła porozumiewawczo, po czym podeszła do drzwi i zaczęła nieznacznie skrobać, mniej więcej w środku ich płaszczyzny. Po chwili czegoś się doskrobała, jakby wysupłała z drzwi drzazgę, i pociągając za nią dwoma palcami, a później całymi dłońmi zaczęła wyciągać białą nić drzwi i zawijać ją sobie na przegub ręki tak długo aż utworzyła się w ich środku szczelina przez którą najpierw kazała mi przejść a później zrzucając z ręki kłębek drewna, tak dokładnie, kłębek drewna, sama wślizgnęła się za mną, sprytnie zawijając ogon. „Z tej strony już można klamką, widzi pan?” - pokazała mi klamkę. Klamka rzeczywiście była. „Zaraz się znów splączą, bez obaw. Tylko z tamtej zrobili takie wygibasy, ponoć żeby się drzwi nie kruszyły od wilgoci. Spece od siedmiu boleści. Widział pan jak zrobili tu korytarze? Jak się ciągnie dwa naraz to się później dziwią, że się plączą. Mówiłam szefowi, że się tak skończy, ale on nie, co on będzie głupiej kadrowej słuchał. No i tak zarządził, żeby puścić, jak pan szedł, to pan widział, więc pozwolili żeby się drugi ciągnął sam i się skończyło tym, że zamiast do samej geodezji dojść to się oba, a jeszcze trzeci, który sam wyrósł tam od prawej strony, to się proszę pana wszystkie trzy poplątały w kulkę i wyszedł im taki hol jak guzik z pętelką” - zarechotała radośnie rozsiewając wstrząśniętymi włosami woń perfum, od których woda gotowała się w zatokach. Zaśmiałem się, co dość spodziewanie skatalizowało jej gadulstwo. Miałem potrzebę nie tylko nie stracić przewodnika, ale zwyczajnie posłuchać czegoś innego niż szmer wody i głuche warknięcia, które towarzyszyły mi chyba przez większość dotychczasowej drogi. „A nic tam pana nie podgryzło?” - zapytała uśmiechając się filuternie, jakby pytała o to czy w dzieciństwie bawiłem się w doktora. Odpowiedziałem, że nie. „Bo widzi pan. Szef kiedyś wpadł na przegenialny pomysł i sprowadził do nas maskotkę. Miała robić za wizytówkę wydziału, być naszym pupilkiem i takie tam. Był proszę pana na jakimś szkoleniu albo wymianie w innym urzędzie i przywiózł stamtąd jakiegoś gada. Wygląda to to jak dinozaur, ma długi ogon, długą głowę, zębiska i wygląda jak rozwałkowany kawałek ciasta obrośniętego łuskami. Ale, proszę pana, uciekł. Uciekł i nikt nie wie gdzie jest. Ale jest ta potwora strasznie złośliwa, panu powiem. Ponoć potrafi zabiec człowieka od tyłu, choć nie wiem jak ten placek może biegać, i gryzie w pięty albo w łydkę i ucieka. Tak mówią, a ja wolę nie sprawdzać więc mam oczy dookoła głowy, chociaż nie wiem w co miałby mnie ugryźć – znów zarechotała. Panu też radzę, bo ponoć to nic przyjemnego jak chapnie. Ale pana zagadałam, a ja już u siebie, a pan dokąd? Do podziemnych, he he, to się szef wreszcie ucieszy. Proszę ze mną niech pan wejdzie, bo sam pan nie da rady”.

Weszliśmy do pokoju. Znad biurka po lewej podniósł wzrok krępy mężczyzna o siwych brwiach i siwych półksiężycach włosów biegnących lichym trawnikiem po obu stronach głowy. Oczy miał dokładnie tego samego koloru co włosy. Dłubał niewielkim nożykiem w paczce papierosów. „Rajmund” - rzucił w kierunku ściany wąż w czerowno-rudej trwałej sunąc na drugą stronę pokoju, w kierunku jakiś drzwi - „masz tu nowego. Chce dojść do wód podziemnych. Jest Julian?”. Spod biurka po prawej stronie wychylił się mężczyzna o chudej twarzy zaschniętego Tutenchamona. „Nie ma już ich?” - zapytał. „Znów przyszli, tak? - odpowiedział wąż. Rajmund tylko kiwnął głową. „Już wolne. Nikogo nie widzieliśmy, prawda nowy?” - mówienie na mnie per „nowy: trochę działało mi na nerwy. Musieli mnie z kimś pomylić – myślałem, ale oczywiście skinąłem głową, bo faktycznie nikogo nie widziałem. Rajmund wysunął się zza biurka, usiadł z początku niepewnie, jakby cały czas przyzwyczajając się do miejsca. W końcu uśmiechnął się szeroko, zamrugał oczami jakby sobie coś przypomniał. Zawołał Juliana. 

Julian zjawił się po chwili z pokoju do którego nadal zmierzała moja czerwono-ruda przewodniczka. Julian miał śniadą cerę i rysy południowca. Był niewysokim młodym chłopakiem w całkiem nowym garniturze, zdecydowanie świeższym i mniej wytartym niż garnitury pozostałych spotkanych tu urzędników. Generalnie, cała jego postać była od nich świeższa i mniej wytarta. „Julian – powiedział spokojnie i powoli Rajmund – przeprowadzisz pana przez korytarz, okej?”. Julian nic nie odpowiedział, nieznacznie się uśmiechnął i zaczął rozbierać się z marynarki. Nie poprzestał jednak na marynarce i rozebrał się aż do przepaski biodrowej, po czym podszedł do jednej z drukarek, wyciągnął z niej toner i zamaczając palec w czarnym tuszu, zaczął malować sobie na ciele równoległe kreski, fale i strzałki. Rajmund spojrzał na niego z dezaprobatą - „No Julian, to tylko kawałek, nie musisz się od razu stroić – powiedział. „Ke?” - zapytał Julian, który właśnie obrysowywał sobie oczy. „Widzi Pan” - Rajmund zwrócił się tym razem do mnie - „Julian siedzi tu już trzeci miesiąc i nadal po polsku umie tylko „proszę” i „tak”. Tak to jest z tymi studentami z wymiany. Praktyki chcą robić, a tu nawet niczego im nie mogę zlecić bo nie wiem czy mnie rozumie. Chociaż z tymi zaroślami to nas chłopak ratuje” – Rajmund kiwnął na koniec z uznaniem głową. Obok mnie stał już Julian, głaskał ostrze trzymanej w dłoni maczety i wyraźnie się niecierpliwił. 

„Vamos” - stwierdził, kiedy spotkaliśmy się wzrokiem, po czym odwrócił się i wyszedł przez drzwi. Poszedłem za nim. Skręciliśmy ze dwa razy, po czym nagle za kolejnym zakrętem uderzyła mnie gorąca fala wilgoci, jakby plastry wody obkleiły mi skórę, przełyk i płuca. Chwile potem wszędzie były już pnącza, liany, zarośla wdzierające się w twarz, wypychające z przejścia swoją duszną zielenią. Julian skontrolował czy zanim idę po czym ruszył w gąszcz sprawnymi ruchami rozcinając jego kłębiące się cielsko. Posuwaliśmy się wolno i w milczeniu. Słowa i tak zagłuszałyby krzyki, piski, cała gama odgłosów, która dźwięczała w uszach przez ciągnące się w nieskończoność pół godziny tej wędrówki. Wtedy, nagle roślinność się urwała wraz ze swoją piskliwą symfonią, a my weszliśmy na schody płaskie, suche i chyba całkiem nowe. Julian spojrzał na mnie i skinął głową pokazując na pobliskie drzwi. Ukłoniłem się mu również i poszedłem w ich kierunku. Miałem nadzieję, że będzie na mnie czekał i dam radę wrócić z powrotem. 

Wszedłem do pokoju. Znad biurka po lewej podniósł wzrok krępy mężczyzna o siwych brwiach i siwych półksiężycach włosów biegnących lichym trawnikiem po obu stronach głowy. Oczy miał dokładnie tego samego koloru co włosy. Dłubał niewielkim nożykiem w paczce papierosów. „O to pan – odezwał się nadspodziewanie miłym i czystym głosem – wreszcie pan dotarł. Czy mógłbym w związku z tym poprosić pana o wydanie szefa?” Nie zrozumiałem, co musiał zauważyć, bo uśmiechnął się pobłażliwie. ”Wie pan, zabrał go pan z portierni na górze – wyjaśnił – Bo to jest tak, widzi pan, że jak szef wraca z delegacji to zawsze go portierka gdzieś zawieruszy. My się specjalnie na górę nie pchamy, szczególnie od awarii korytarza, więc potrzebowaliśmy kogoś kto by szefa znalazł i odniósł. Uznaliśmy, że pan nada się idealnie i stąd to durne wezwanie. Deregulacja wód podziemnych, dobre sobie – zarechotał – uwierzy pan, że to zawsze działa? Ale kto normalny reguluje wody podziemne? No sam pan przyzna, że to głupie.”. Przytaknąłem, choć bez przekonania. Tak samo bym zareagował gdyby próbował mi tłumaczyć, że nie jestem małym goździkiem wbitym w śledzia. Sięgnąłem do kieszeni i podałem mu długopis. W środku kolorowy pączkowaty krokodyl zamachał do mnie płetwami. Urzędnik wziął długopis w dłoń, skinął ku niemu na powitanie, po czym bezceremonialnie wrzucił do kubeczka z ołówkami, długopisami i linijką. „W każdym razie – zwrócił się znów do mnie – cieszymy się bardzo, że dostarczył pan szefa, bo trzy dni bez niego i cały dół się zawali” – zakończył na jednym oddechu, podkreślając ulgę jaką poczuł, kiedy oddałem mu szefa. Sposób w jaki mówił był nieco chaotyczny i dostojnie przysadzisty niczym stepujący pingwin. 

Kiedy zamilkł, a ja stałem się już całkowicie nieprzydatny, cisza stała się nie do zniesienia. „To jak się porozumiewacie z tymi z góry?” - zapytałem trochę bez sensu. „No, telefonicznie, mailowo, rzucamy sobie klimatyzacją kulki z sera? To że nie dochodzimy na górę nie znaczy że się nie kontaktujemy” - odpowiedział. „To znaczy, że nie można stąd wyjść? – spytałem chwytając się nerwowo za brodę, choć przyznam, niechcący. „A czemu to? - urzędnik spojrzał na mnie wymownie – z tego co mnie uczono zasada jest taka, że jeśli do jakiegoś miejsca się weszło, a nie na przykład wpadło, to można też z niego wyjść. Przynajmniej co do zasady. No i u nas ta zasada również działa, chociaż szczerze przyznaję, że miejscami człowieka szlag może trafić, bo co raz się coś w tej ruderze psuje. Więc uważaj pan szczególnie na odwracający się korytarz, wiesz, ten w którym się nie wie z której strony się przyszło. Bo coś się w nim psuje i czasami wypluwa człowieka z tej samej strony, z której wchodził. A wtedy znów trzeba przerabiać wszystko od nowa: czekać aż Waldek podejdzie do drzwi, rzuci tym swoim durnym „czemuż?” i opowie wierszyk o waranie, pamiętasz prawda?”. Przytaknąłem. „No i później całą resztą włącznie z tą rozmową, którą tu prowadzimy. Zależy zresztą co tam po drodze robiłeś. Ale Waldek jest zdecydowanie z tego najgorszy” - zarechotał donośnie i rechot ten nadal chlupał za mną kiedy wracając wędrowałem po poplątanych korytarzach, tunelu, w którym mijałem Waldka. Później odwracający się korytarz jakimś cudem wysadził mnie po właściwej stronie magistratu, więc pozostały tylko schody z ciastek i portiernia, gdzie zatrzymałem się na chwilę czekając aż po blacie przytoczy się do mnie portierka szurając zapałkami powtykanymi przez otwory na palce i mrugnie do mnie poufale, bo przecież z odniesieniem szefa na dół to zawsze jest w urzędzie nie lada ambaras.



aksolotl 2009-02-26 01:19:28
skomentuj (3)
Karczma z widokiem na Golgotę


Jeśli historie kilku ludzi są tak ściśle powiązane, że żadne z istotnych wydarzeń w życiu któregokolwiek z nich nie pozostaje bez wpływu na życie pozostałych, stan pomiędzy nimi zawsze pozostaje w równowadze. Wierzę, że to boskie prawo nie dotyczy tylko małych grup ludzi, ale jest prawem powszechnym i obejmuje każdego Greka, Żyda, Rzymianina, barbarzyńcę, poganina, każdą żywą istotę ludzką na tym świecie. I jeśli najmniejszemu nawet, najmniej znaczącemu z nich wszystkich człowiekowi coś się wydarzy, skutek tego wydarzenia dotknie nie tylko jego samego, ale również inną osobę (w takim samym stopniu) albo wielu innych ludzi w jakiś wydzielonych częściach. Gdy ktoś jakiś dar otrzyma, jego równowartość równocześnie musi zostać odebrana komuś innemu, jeśli ktoś zyska szczęście, kogoś innego spotka sromota, jeśli kogoś Bóg obdarzy potomstwem, komuś innemu to potomstwo zabierze. Najmniejszy gest we wszechświecie nie pozostanie samoistny, najbardziej błahe słowo posiada swoją antynomię, tak, by boski ład za każdym razem zawierał dokładnie tyle samo szczęścia, co nieszczęścia, tyle samo nienawiści co miłosierdzia i tyle samo dobra co zła.

Myśląc o Jezusie i o Barabaszu czuję tę prawidłowość bardziej niż kiedykolwiek. Jeśli historia ma określony cel i porządek, ma również samodzielną świadomość, którą poświęca jedne istnienia dla innych, realizuje pewien bieg wydarzeń, w którym zawsze zachowanie boskiej równowagi ostatecznie doprowadzić musi do czyjejś katastrofy, do krzywdy większej niż śmierć – do niesprawiedliwości i zapomnienia. W historiach Jezusa, w którego boskość teraz wierzę, i Barabasza jest jeszcze ten niepoznawalny, i niedostępny mi obszar transcendencji, tej której nie potrafię do końca zrozumieć. I choć jasne jest dla mnie, że dobry gospodarz wie, że aby ziemia była żyzna i przynosiła plon obfity, musi ją strawić ogień, dla mnie może zbyt przywiązanego do życia, nieodwołalna konieczność wytyczenia drogi przez śmierć wydaje się strasznie odległa i trudna do zaakceptowania. Barabasz to postać tragiczna nie ze względu na swoje czyny. Ponoszenie konsekwencji własnych czynów jest największym rysem sprawiedliwości tego świata. Barabasz został poświęcony dla utrzymania równowagi świata, dla zapełnienia wyrwy powstałej spełnieniem Jezusa. Barabasz stał się ofiarą konieczności podporządkowania się historii, w której tylko jeden człowiek może zostać męczennikiem. Zmuszony do tego, by stać się przeciwieństwem tej wzniosłej ofiary, musiał stać się śmieciem, niegodnym aby żyć.

Historię upadku Barabasza opowiedział mi Szymon. Samego Barabasza wcześniej znałem, nie osobiście, ale przecież trudno nie słyszeć o człowieku, który był symbolem żydowskiej walki o uwolnienie się spod rzymskiego jarzma. Zorganizowany przez niego ruch oporu nie miał rozmachu armii, której trąby mogłyby zburzyć mury Jerycha. Zresztą nie każdy w Judei traktował poważnie nazorejczyków, którzy czy to z racji swojej ortodoksyjności czy nieco wyniosłej powagi, wydawali się ludziom nie tylko odlegli ale wręcz niebezpieczni, wskutek czego jeśli wzbudzali zaufanie to tylko iluzoryczne, w zasadzie płynnie przechodzące w nieufność a nawet nienawiść. Szymon był z Barabaszem, gdy ten ocalony decyzją ludu i przebiegłością Piłata, wypuszczony na wolność usiadł za karczemnym stołem wychylając kolejne szklanice bordowego jak krew wina. Towarzyszenie Barabaszowi nie było odruchem miłosierdzia, a nawet jeśli – nie wobec Barabasza ale wobec gospodarza, z którym łączyła Szymona pewna zażyłość, w związku skądinąd z którą sam miał on wobec gospodarza znaczące długi. Juda, bo tak nazywał się gospodarz, był z jednej strony gorącym zwolennikiem ruchów wolnościowych rodzących się na naszej ziemi, a z drugiej – usłużnym szpiclem rzymskiego namiestnika. To on, przygnębiony stanem Barabasza i jednocześnie zatroskany o jego bezpieczeństwo zawołał na Szymona, by ten zaopiekował się tym człowiekiem. Chwile wcześniej Barabasza skatowało bowiem dwóch miejscowych opryszków, będących ponoć na usługach Sanhedrynu, którzy przez nikogo nie niepokojeni wywlekli pijanego już Barabasza na środek karczmy, porwali w strzępy jego odzież i bili go tak długo, aż zaczął błagać by przestali. Gospodarz mówił, że to sam Barabasz sprowokował kłótnie, która przerodziła się w bójkę, ale trudno teraz ustalić komu można wierzyć. Barabasz zwlókł się z ziemi, powłócząc nogą dowlókł się do stołu za którym ponownie zasiadł i wycierając strzępem płaszcza zakrwawioną twarz zawołał po kolejne wino. Szymon, karnie usiadł koło Barabasza asystując jego powolnej alkoholowej agonii.

„Jeszcze jedno dla mnie i jedno dla mojego towarzysza” – Barabasz podniósł dwa palce w górę, a w zasadzie nie tyle podniósł co łapczywie wyrzucił, przez co ciężar jego ciała wsparty dotychczas na łokciu i deskach ławy przesunął się niebezpiecznie w prawo, tak, że gdyby Szymon nie złapał go za ramię, Barabasz zwaliłby się na ziemię. „Gorzkie to wino, jakby mnie chcieli od żołądka już balsamować”. Był kompletnie pijany. Rzednącym z wolna bełkotem spowiadał się Szymonowi z doznanego nieszczęścia i samotności, które według niego pochodziło z innego źródła niż z nadmiaru wina. „Nie cieszysz się, że żyjesz?” - zapytał go Szymon, który, podobnie jak na początku ja, nie potrafił zrozumieć źródła tej rozpaczy. Barabasz spojrzał na niego pobłażliwie, przynajmniej na tyle na ile pobłażliwie może patrzyć pijak, podniósł w górę palec i powiedział: „Szymonie, jesteś dobrym człowiekiem, ale jesteś tylko owcą i myślisz jak owca. Czy jeśli w twoim życiu istnieje jakaś idea, to jest ona inna niż samo życie? Jak długo nie będziesz potrafił wyjść poza ideę swojego życia, tak długo będziesz tylko skubał trawę i dawał się prowadzić na strzyżenie”. Szymon relacjonował mi te słowa nieco inaczej, jednak podejrzewam, że Barabasz mógł to wszystko powiedzieć właśnie tak jak to napisałem, bo dopiero kiedy udało mi się to zapisać, zrozumiałem sens tego zdania. „Wiesz co powiedziałem do Piotra, mojego współpracownika, kiedy przeszedł cieszyć się z mojego uwolnienia?” - ciągnął dalej w opowieści Szymona Barabasz. „Powiedziałem: zejdź mi z oczu szatanie”. Bo dla niego, owcy, nadal to co ludzkie stanowiło wartość najwyższą. To co we mnie ludzkie, ma teraz taką wartość jak moje życie, którego sam pień i korzeń właśnie oglądasz.
 
Dzień wcześniej Barabasz stał obok Jezusa, którego oczywiście znał, którego cenił za mądrość i spokój, ale który nie miał jego zdaniem wartości jako ofiara. A w tym momencie historii, w tym splocie wypadków, jeden z nich miał zostać złożony jako ofiara dla wypełnienia tego, co napisano. Barabasz zrozumiał to doskonale już w chwili, w której przybrał imię Bar-Abbas, co znaczy Syn Ojca. Barabasz wierzył, że boskie ojcostwo nie przynależy mu się teraz, w jakimkolwiek momencie poprzedzającym jego ofiarę. To właśnie ofiara uczyni z niego syna bożego, a lud wiedziony jego boską proweniencją zjednoczy się i pod jego przewodem dostąpi wartości jaką Barabasz rozumiał za największą – wolności. Wolności od rzymskiego panowania, ale i, choć oczywiście drugorzędnie, od dyktatu Sanhedrynu. W tym celu musiał umrzeć skazany przez cesarskiego namiestnika – Poncjusza Piłata, idiotę i despotycznego sadystę, który cieszył się w tym samym stopniu nienawiścią, co uległością Żydów. Barabasz dał się pojmać. Wraz z nim złapano tylko jakiś dwóch niewiele znaczących członków organizacji. Piłat wiedział, że nie zmusi Barabasza do wydania kogokolwiek, że nie spowoduje najcięższymi torturami by Barabasz odpowiedział choć słowo. Barabasz rozumiał to doskonale i niemal pewny złości jaką wywoła jego postawa czekał niecierpliwie na gwoździe, które przybiją jego ofiarę do krzyża. I wtedy usłyszał: „Uwolnij nam Barabasza!”. Tłum krzyczał wijąc się w radosnych konwulsjach, bo oto Piłat zrobił rzecz niespotykaną, zdecydował się uwolnić jednego z dwóch skazańców – Jezusa albo Barabasza. Tego, który odejdzie wolno miał wybrać lud. Barabasz w jednej chwili zrozumiał, że to już koniec. Piłat, ten beznadziejny półgłówek przejrzał jego zamiary, zrozumiał wartość ofiary i w najbardziej przebiegły sposób wypuści Barabasza na wolność, która jest i pozostanie tę samą niewolą, którą pławił się tłum krzyczący: „Uwolnij nam Barabasza”. Zamysł Piłata był genialny w swojej prostocie – on nie tylko uwolni Barabasza, który znów stanie się tylko zwykłym, łatwym do powstrzymania bandytą, ale sprawi, że własną decyzją uwolnił Barabasza ten sam lud, którego miała porwać ofiara Barabasza, lud który miał zrozumieć boski sens jego posłannictwa. Owce, przywiązane do życia, niezdolne go podjęcia walki, do przeciwstawienia się niewoli, walki która przewyższało swoją ceną samo życia. Życie, które miało stać się tylko środkiem do celu a nie celem samym w sobie. „I ty chciałeś ich porwać swoją śmiercią?” - zdawało się pytać kpiące spojrzenie Piłata, kiedy żołnierze rozcinali Barabaszowi pęta i wydawali szczęśliwemu ludowi.

Tłum zawodził z radości, skazano Jezusa, którego zaraz miano biczować, a potem zabić. Idealna równowaga. Barabasz wpadł w objęcia ludu, od którego z trudem udawało mu się opędzać. Rzuciły się na niego również trzy niewiasty płacząc z radości na widok ocalonego przywódcy, który da im wolność. „Co was tak cieszy? - odrzekł im – to że widzicie mnie żywego a nie prowadzonego na ukrzyżowanie? Powiadam wam, płaczcie nad sobą i nad dziećmi waszymi, bo jeśli zielone drzewo nie wydało owocu, cóż wam przyjdzie z suchego pnia?”. Kiedy teraz myślę o tych słowach, choć od tego dnia minęło już kilkadziesiąt lat, uderza mnie nieodwołalność z jaką Barabasz mówił o sobie i swoim losie. Z drugiej jednak strony, dalszy bieg wypadków, nieodgadniony jeszcze ale coraz dynamiczniej rozwijający się ruch uczniów Jezusa, którzy przyjęli jego ofiarę, zdaje się przekonywać jak bardzo Barabasz się pomylił. Choć może klucz jest gdzie indziej, może leży w samym Barabaszu, w jego nieokiełznanej potrzebie boskości z jednej strony, a z drugiej, tej świadomości, którą ja mam teraz. Barabasz musiał wiedzieć, że ofiara Jezusa i wytyczona przez niego droga, tak różna od drogi Barabasza, ma wymierną cenę również dla niego samego. Wiedział już w chwili, w której Piłat oddawał go ludowi, że jego rolą w historii jest albo niepamięć albo wspomnienie jako prymitywny rzezimieszek, morderca, który swoją postacią musi uosabiać przeciwieństwo Jezusa. Bo historia, która nie przyjmuje próżni, wymaga kontrastów, w których boskość musi zawsze zostać zrównoważona przez nikczemność.

Szymon odszedł w końcu od ławy, za którą siedział Barabasz, chwiejący się, wsparty na łokciach, niezdarnie podtrzymujący głowę opadającą ze zmęczenia i wypełniającego żyły alkoholu. Obok Barabasza zasiadło dwóch miejscowych pijaczków, których najprawdopodobniej przyciągnęło towarzystwo człowieka, który nie musiał płacić za wino. „Barabasz?” - syknął jeden z nich z zadowolenia, kiedy zobaczył obdartego, zakrwawionego i pijanego człowieka, który jeszcze wczoraj był bardziej szanowanym obywatelem niż niejeden uczony w piśmie. „Dzisiaj cie wypuścili, może zorganizuj jakieś powstanie, co? Masz już kufel, spróbuj nim pokonać Piłata. Na pewno go przepijesz”. Po chwili odezwał się drugi z nich, mówiąc: „Daj spokój żałosnemu pijakowi, sprawdź lepiej czy ma jakieś pieniądze. Jemu już nic nie pomoże”. 

Barabasza znaleziono niedzielnego ranka. Umarł przed świtem. Leżał w rynsztoku kilka metrów od karczmy. Było gorąco więc trzeba go było gdzieś szybko pochować, bo zaczął już śmierdzieć.


Barnaba syn Aleksandra


Powyższy tekst wymaga moim zdaniem pewnego uzupełnienia. Wydaje się bowiem, że autor opisujący powyższą historię, nazbyt skwapliwie zajął się osobą samego Barabasza, świadomie rezygnując z rozwijania stawianych przez siebie tez. Po pierwsze, co zdaje się jasno wynikać z kontekstu powyższego tekstu, mimo że nie zostało precyzyjnie wyartykułowane, jasnym jest dla mnie, że nie można traktować Barabasza jako Antychrysta. Antychrysta oczywiście bez pejoratywnych inklinacji semantycznych – w takim rozumieniu tego słowa, w którym Barabasz byłby antytezą Jezusa. Barabasz rozumiany jako antyteza Jezusa, miałby bowiem przynajmniej porównywalną wartość jednostkową, a w konsekwencji historyczną, co Jezus. Tymczasem Barabasz ma charakter postaci wyłącznie funkcjonalnej i pełni rolę swoistego zwierciadła, którego jedynym celem istnienia jest odbijać i hiperbolizować postać samego Jezusa. Ta przedmiotowość jest właśnie tragedią Barabasza, którą najprawdopodobniej, co zauważa też autor, przynajmniej intuicyjnie Barabasz wyczuwał. 

Po drugie, autor popełnia pewną intelektualną niewdzięczność rezygnując z możliwych konsekwencji znaczenia przedstawionych zdarzeń. Oczywiście autorem kierowały w tym przypadku odczucia czysto religijne, które odmawiały mu możliwości przyjęcia, choćby za prawdopodobne, twierdzeń mogących być w jakikolwiek sposób sprzeczne z wyznawaną wiarą. Mówiąc o roli Barabasza, autor jej genezy upatruje w pewnym uporządkowanym przeznaczeniu, uciekając całkowicie w sferę metafizyczną, podobnie jak biskup Berkeley w obliczu niedorzeczności. Tymczasem, z czego autor zapewne zdawał sobie doskonale sprawę, przynajmniej tak samo prawdopodobna jest geneza całkowicie przeciwna – wywodząca bieg zdarzeń z nieokiełznanej przypadkowości. Przy takim założeniu, dla boskości Jezusa i przedmiotowości Barabasza kluczowy jest moment decyzji Piłata, która zakładając prawdopodobieństwo zajścia każdego z możliwych zdarzeń, mogła być przecież odwrotna, czyniąc Mesjaszem Barabasza, a zwierciadłem Jezusa.. 

Po trzecie zaś, tezy zawarte w przytoczonej historii dziwnie korespondują z twierdzeniem teorii chaosu, tworząc jednak jej odwrotność. Tutaj bowiem układ, którym jest w istocie wszechświat, jest idealnie uporządkowany, a każda pojawiająca się w nim odmienność natychmiastowo równoważona jest odmiennością o przeciwnym znaku. Oczywiście układ jest niestabilny, a powstawanie odmienności jest zjawiskiem ciągłym i ciągle musi być równoważone. Wszechświat jest więc, mimo wewnętrznej chaotyczności, stabilizowany poprzez sieć odniesień, w którą każdy człowiek jest uwikłany dokładnie w tym samym stopniu. Wydaje mi się, choć może to zbyt daleko posunięty wniosek, że zaakceptowanie przez ludzkość tej konkluzji byłoby tym co Stary Testament nazywa Rajem.


aksolotl 2009-02-03 21:19:45
skomentuj (5)
Spojrzenie w cieniu drzew

 

Ze zbioru rzeczy, których mi może brakować, perspektywa braku kawy wydaje się najdotkliwsza. Zawsze jest tak przynajmniej w chwili, w której próbuję wyrwać się ze snu, gdy ten zapomina o swojej roli i zbyt nachalnie instaluje się na jawie. Nigdy w życiu nie potrzebowałem kawy tak bardzo jak dziś rano, kiedy próbowałem wydobyć się ze snu czarnego jak smoła. Żebym nie wprowadził w błąd tym kiepskim porównaniem do smoły - ten sen nie był ciemnym, ciężkim płótnem jakim owija nas czasem ciało zbyt zmęczone, żeby tworzyć w sobie obrazy. Nigdy nie pamiętam czy moje sny mają kolory, a jeśli się pojawiają to czy aby na pewno nie tylko przez ich nazwanie, ale przez odczuwalne ciepło rzeczywistych barw. Ze smolistą czernią snu mogłem więc nie przesadzić, co nie znaczy znowu, że sen się nie wydarzał. Akcja snu, w charakterystyczny dla tego świata sposób, rozpoczęła się bez jakiegokolwiek wstępu, czy wyjaśnienia. Znalazłem się w centrum wydarzeń, których przyczyn nie znałem, w płynnej rzeczywistości, w której w przeciągu kilku chwil zmieniałem się w postać albo wielopostaciowość, zmieniałem strój i miejsce. Sny zacierają swoje i tak rozmyte kontury, kiedy wprowadzamy je w świat jawy, w którym świat senny nie potrafi się zadomowić rozpływając się między kanapką z szynką a goleniem twarzy. Teraz z tej amorficznej masy próbuję wydobyć klucz, istotę świata, który pozostał za mną. 


Obudziłem się w chwili, w której uciekałem. To też szalenie popularne, bo nadmiar emocji i strachu zawsze przypomina nam, nawet we śnie, o ostatniej drodze ucieczki – w jawę pościeli, białego sufitu, w spokój czterech ścian bez nienawiści i brzęku żelaza. Próbuję zrozumieć nieco kontekst zdarzeń, bo trudno mi, nawet biorąc poprawkę na nieregularność sennego trybu narracji, wytłumaczyć sobie dlaczego we śnie uzbrojony w niewielki miecz, czy raczej sztylet, ubrany w dość cienką powłokę zbroi wbiegałem na wzgórze położone w bliżej mi nie znanym miejscu. Wzgórze nadal widzę wyraźnie, miękko wyrzeźbione w piaskowcu, jakby przelewała się przez nie woda, gładząc jego załomy, zagłębienia, płaszczyzny i szczyt wznoszący się garbem nad piaszczystą przestrzenią jakiegoś boiska czy placu zabaw, na którym kilka nierozpoznawalnych osób obserwowało walkę króla z postacią w czarnym stroju. Tu muszę dwie rzeczy wyjaśnić, nie tylko czytelnikowi ale również sam sobie, choćby dlatego, że w tej chwili zrozumienie biegu wypadków ma dla mnie cenę najwyższą. Napisałem o czerni stroju postaci walczącej z królem. To nie brak konsekwencji – nie znam barwy tego stroju, ale tak jak w przypadku wzgórza przyjąłem jasnobrązowy kolor piaskowca, tak w przypadku stroju postaci przyjąłem czerń, może bardziej symbolicznie a uczyniłem to dopiero teraz, kiedy próbuję zebrać informacje i rozszyfrować zagrożenie. Po drugie, tak, królem byłem ja. Nie pojawiłem się we śnie z tą wiedzą. Tę informację przekazał mi lektor. Sen posiadał bowiem kilkutorową narrację, ze zmiennym narratorem, którym czasami byłem ja jako postać pierwszoplanowa, przeżywająca sen, a czasami bliżej mi nieznany głos lektora, takiego, który czyta dzieciom książkę, swoim ciepłym głosem wyraźnie i nieco komicznie kładąc za każdym razem akcent na koniec zdania. Każda zmiana trybu narracji snu wymagała powtórzenia całej sceny, dzięki czemu widziałem wydarzenia raz z perspektywy pierwszoosobowej, raz jako widz całkowicie niezaangażowany w światy snu, a innym jeszcze razem jako lektor w pierwszej osobie, który jak w książce albo filmie noir wykłada myśli głównego bohatera jakiemuś niedookreślonemu słuchaczowi. 
 
W pewnej chwili lektor, którym nie byłem ja, przeczytał o tym, że postać w czerni (lektor dał jej imię albo jakoś inaczej ją określił, niestety nie potrafię sobie przypomnieć jak) powaliła króla, który bezbronnie leżąc na wypłaszczeniu pod samym szczytem wzgórza oczekiwał na swój koniec. W tym momencie z obserwatora stałem się królem. Leżałem na ziemi patrząc na marną blachę zbroi, w którą miarowo stukał sztylet trzymany przez postać w czerni. Postać była niska, być może nawet karłowata, strasznie szczupła i skupiona. Twarz miała mi znaną. To zabawne, spod czarnego kaptura patrzyła na mnie moja dawna dziewczyna, ta sama która kiedyś powiedziała, że nie będzie chciała już żyć, jeśli ją zostawię. Dawno nie miałem od niej żadnych wieści, dawno o niej nie myślałem. Nie wiem dlaczego akurat ona użyczyła twarzy mojemu wrogowi. Nie wiem do teraz czy to tylko bliżej dla mnie niezrozumiała symbolika, czy wyraźne nawiązanie do niej, jako osoby ze świata jawy. Choć może zupełnie bezsensownie wprowadzam to rozróżnienie skoro pewnie rację mieli Grecy, gdy mówili, że jesteśmy tylko cieniami jakiegoś snu. Przynajmniej teraz, gdy piszę te słowa, jestem o tym przekonany bardziej niż kiedykolwiek. 
 
Leżałem więc na ziemi, patrząc na twarz mojego wroga, który wprawdzie nadal uderzał miarowo sztyletem w moją zbroję na piersi, jakby liczył upływające sekundy, ale nie decydował się na zadanie ostatecznego ciosu. Możliwe, że jeszcze wtedy nie rozpoznałem jej twarzy, a stało się to dopiero później, kiedy wszystko się rozstrzygnęło. Poczułem, że jest to ostatnia chwila, w której mogę się uratować (narracja była nadal pierwszoosobowa, ale nie z perspektywy widza, patrzyłem oczami króla). Fabuła osadziła mnie w tak nikczemnym położeniu, że pozostało tylko zerwać się, zrzucić z siebie kpiące ciało wroga i zadać mu cios. Zamachnąłem się lewą ręką (prawą przygniatały kolana kobiety) i szarpnąłem całym ciałem zrzucając z niego zaskakująco lekkiego przeciwnika. Kobieta odskoczyła, przyklęknęła na kolano i dziko spojrzała w moim kierunku (być może teraz to dopowiadam, może nie spojrzała, może nie dziko). W dłoni miałem sztylet. Rzuciłem się na nią. Przewróciła się i zsunęła kawałek po zboczu w kierunku załomu otwierającego się na pewnie kilkunastometrowe urwisko. W ostatniej chwili zaczepiła dłonią o wystający kamień i trzymając się go, w połowie wisząc nad urwiskiem, próbowała dostać się z powrotem na górę. Ja klęczałem metr wyżej trzymając w dłoni sztylet. Mogłem zrobić co chciałem. Nie czułem do niej nienawiści, chęci zemsty, nie napawałem się radością ze zwycięstwa. Czułem tylko wszechogarniający strach. Strach, że ona za chwilę dostanie się znów na szczyt i stanie się coś nieodgadnionego, coś przed czym musiałem się obronić. Urwisko pod nią było głębokie, choć niejasno czułem, że jego pochyłość sprawi, że nawet upadek z wysokości będzie jak zjazd na zjeżdżalni. Ona nadal leżała na pochyłości zbocza rozpaczliwie walcząc o dostanie się na górę. Spojrzała na mnie bez nienawiści, bez przebiegłości, spojrzała błagalnie. „Pomóż mi” – powiedziała. Rękojeść sztyletu ciążyła mi w dłoni, spojrzałem na niego i nieco może nieporadnie rzuciłem nim prosto w jej twarz. Sztylet uderzył rękojeścią, więc nie zrobił jej większej krzywdy, ale uderzenie wystarczyło żeby rozluźniła dłoń, puściła kamień którego się trzymała i spadła w dół urwiska. Już w tamtej chwili żałowałem, do teraz nie wiem jednak czy samej decyzji, czy tego, że sztylet jej nie zabił. Gdyby wtedy zmienił się tryb narracji snu i konieczne byłoby powtórzenie sceny, chciałem odegrać ją inaczej. Ale nic się nie zmieniało. Zresztą nawet gdyby – tryb narracji, w którym rzuciłem jej sztyletem w twarz był jedynym, w którym być może miałem jakiś wpływ na akcję. W pozostałych byłem widzem, widzem przerażonym, ale tylko widzem.
 
Spojrzałem w dół. Widziałem jak ona stacza się po pochyłości zbocza (jak na zjeżdżalni) i zatrzymuje się kilka metrów od miejsca, z którego tych kilka nierozpoznawalnych osób obserwowało naszą walkę. Widziałem jak wolno się podnosi, otrzepując oblepiający ją pył i stoi przez chwilę z pochyloną głową, jakby trawiąc smutek wobec tego co stało się przed chwilą i pielęgnując uczucie, które zaczęło w niej narastać. Podniosła na mnie wzrok. Nie widziałem jej twarzy, nie widziałem w jaki sposób patrzy, ale byłem pewien, że muszę uciekać, szybko gdziekolwiek, poza zasięg jej spojrzenia, szybkości jej ruchów i blasku sztyletu. Nie miałem już zbroi. Sen pozbawił mnie jej najprawdopodobniej w chwili, w której ona na mnie spojrzała. Zbiegłem na dół, wpadając w skąpe skupisko drzew, tuż obok linii kolejowej, albo tramwajowej. Tego miejsca nie było w pobliżu wzgórza. Było bardziej rzeczywiste i znajdowało się kilka metrów od mojego mieszkania, tego w którym teraz piszę te słowa. Widziałem okna bezpiecznego domu. Ale wtedy zobaczyłem też ciemną, zakapturzoną postać kobiety, która pojawiła się tuż przy mnie. Jestem w stanie przysiąc, że spojrzała na mnie z pogardą, choć teraz nie potrafię sobie przypomnieć tego spojrzenia. Być może to ja sam, będąc nią, patrzyłem na siebie. Czułem żal i nieodwołalność tego co się stało. Teraz już nie przeproszę, nie zmienię w żaden sposób biegu wypadków. Ona pochyliła głowę i chwyciła się przejeżdżającego obok tramwaju (choć wydaje mi się, że to był pociąg), odskakując od niego kilka metrów dalej. Poczułem się jak zwierzyna, która dostała od myśliwego kilka sekund na ucieczkę. Rzuciłem się w kierunku mieszkania, widziałem jak biegnę przez trawnik w kierunku domu (narracja zmieniła się na pierwszoosobową, ale taką w której byłem widzem obserwującym z zewnątrz swoją ucieczkę). W tym momencie się obudziłem.
 
Za oknem sypał śnieg, była może 10 rano, ale przez ciężką pokrywę chmur i padający śnieg wydawało się, że jest daleko po południu. Natychmiast wrócił do mnie sen. Rozejrzałem się po pokoju czując nadal senny niepokój, którego nie rozpraszała pościel ani poczucie rzeczywistości. Pewnie dlatego, że tego ostatniego nadal nie miałem. Poszukując kawy zdałem sobie sprawę, że opowiadam o sobie. Widziałem wszystkie wykonywane przez siebie czynności, przeszukiwanie szafek, wstawianie wody na gaz i smętne zrzędzenie na widok pustej puszki na kawę. Miałem nadzieję, że kawa wyrwie mnie ze snu, przywróci mnie światu, w którym wczoraj przykrywałem się kołdrą, w którym nie ma karła o twarzy mojej dawnej dziewczyny i nikt nie opowiada moich własnych losów. I w chwili, w której zdałem sobie sprawę, że jestem widzem swojego poranka, zrozumiałem, że być może obudziłem się już wcześniej, albo więcej – że być może mylę się jeszcze bardziej i moment, który uważam za przebudzenie, faktycznie był chwilą w której zacząłem śnić. Nie było to bowiem w chwili, w której uciekałem do mieszkania przez zielony trawnik. Tę zmianę narracji potraktowałem jako przebudzenie, podczas gdy faktycznie obudziłem się (a w rzeczywistości zasnąłem) w momencie, w którym kobieta w czerni podnosiła na mnie wzrok stojąc u podnóża zbocza. W tej chwili musiałem zacząć śnić i wszystko od tamtego momentu jest snem, każda napisana tu litera, moja postać pisząca te słowa, ten pokój, twarz kobiety i wspomnienia, które są niczym innym jak niezdarnie rzucony sztylet. Dziś rano pomyślałem, że obudziłem się, ponieważ to co widzę od rana jest najbliższe rzeczywistości, którą chciałem zastać po przebudzeniu. Zapomniałem, że uciekałem marząc o bezpieczeństwie poranka w łóżku, które wyrywie mnie sennym koszmarom. W ten sposób, poranek w samotnym pokoju był dokładnie tym samym, co rzut sztyletem. Jedno i drugie to przejaw przerażenia, pod wzrokiem, który czuję i teraz, a ucieczka w bezpieczeństwo poranka była ostatnią pozostałą mi drogą.
 
Irracjonalna potrzeba wypicia kawy nie może nic zmienić, ale jak wody potrzebuję jakiejkolwiek wyrwy w śnie, który być może zaczął się dawniej niż pamiętam, a ja zwyczajnie zapomniałem go zakończyć. Gdzieś znajduje się książka i lektor, którego dobrą wolę już wyczerpałem i epilog tej opowieści, który już powstał. Gdzieś jest kobieta w czarnym stroju i jej znana twarz w czarnym kapturze. Nawet zresztą wiem gdzie. Stoi w kępce drzew, z których niedawno (może dosłownie przed chwilą) uciekłem i spokojnie czeka, z wzrokiem wbitym w moje okno, aż w końcu będzie mogła wszystko zakończyć. Powstrzymuje ją tylko fakt, że piszę te słowa. W ten pokrętny sposób przejąłem rolę narratora zmieniając nieco opowieść i przedłużając naturalne następstwo narracji, na co sam lektor (który musi być reżyserem albo bogiem) chyba łaskawie wyraził zgodę. Wie bowiem, podobnie jak ja, że pokonanie natury opowiadania jest niemożliwe, że każda historia jest historią skończoną, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie konturów jej początku. Za chwilę moja historia się skończy, narrację przejmie lektor a wydarzenia przeniosą się w czas i miejsce, w którym faktycznie się dzieją. Zniknie pokój, moje ciało może znów spowije zbroja, a lektor, swoim rubasznym i nieco zabawnym głosem, akcentując końcówki zdania, jakby opowiadał bajkę, przed moimi oczami postawi kobietę w czarnym stroju (być może wtedy zobaczę jej prawdziwą twarz). I wtedy jedyne co pozostanie to zimna stal sztyletu. A wszystko to obejrzę trzykrotnie i tym razem, kiedy wszystko zostanie już opowiedziane, będę mógł spojrzeć jej oczami na siebie z żalem, pogardą i nieopisanym smutkiem, który teraz czuję.


aksolotl 2009-02-01 16:32:13
skomentuj (1)
 
 
księga gości


skróty
płaz salonowy
lichtturm
samovitae
zeszłonetowy
agooh
dusicielka
krasnoludowa
male
mztm
prusky
scovron
stardog


2010
maj
marzec
luty
2009
grudzień
luty
2008
listopad
sierpień
lipiec